Na pewno każdy z Was był kiedyś podejrzliwy wobec czegoś, otrzymanego za darmo. Czy polskie kluby mogą pozwolić sobie na to, by z góry odrzucać zawodników, których atutem jest własna karta zawodnicza w ręku? W końcu – czy przystoi w dzisiejszych czasach pozyskiwać za darmo graczy, kiedy po wschodniej stronie globu chińscy biznesmeni oferują potencjalnym nabytkom miesięczne zarobki, pozwalające na kupno średniej wielkości zespołu z polskiej Ekstraklasy?

Problem transferowej semantyki

Ostatnimi laty modnym trendem w naszej lidze stały się powroty. Tylko najlepsi piłkarscy statystycy mogą zliczyć, ile to już razy nad Wisłę wracał Semir Stilić czy Robert Pich. Choć nasze kluby posiadają w swoich kadrach młode, nieoszlifowane diamenty, które zasługują na dostanie swojej szansy, to wciąż przeplatani są oni piłkarzami ściąganymi na jeden sezon. Zazwyczaj przewyższają poziomem swoich kolegów z nowego teamu, co owocuje transferem za granicę. W większości przypadków kończy się to jednak powrotem w stylu syna marnotrawnego i po krótkim okresie migracji oglądamy ich ponownie na naszych stadionach. Druga strona medalu to tzw. „szrot”. Media (zwłaszcza internetowe) bardzo lubią to pojęcie, ukryć można pod nim niezwykle wiele i zapewne nikt do interpretacji się nie przyczepi. Ogólnie rzecz biorąc chodzi o średniej klasy zawodników ściąganych z zagranicy, a nieznanych szerszej publiczności. Choć synonimów naszego epitetu znaleźć możemy wiele (niewypał, porażka transferowa), to na próżno szukać wyjaśnień, które mają oddać sens opinii, wydawanych przez „znawców” futbolu. Jak zatem nazwać trzecią kategorię piłkarzy, którym dziś poświęcę nieco więcej uwagi?

Po zwolnieniu ciągle… wolni

Transferowa karuzela trwa w najlepsze i codziennie obserwujemy, jak portale sportowe przerzucają się newsami i plotkami dotyczącymi potencjalnych wzmocnień i osłabień. Doszukujemy się zagranicznych nazwisk, na które stać by było polskie drużyny lub szukamy zbędnych elementów układanek, których należałoby się pozbyć, aby „odchudzić” kadrę. W całym tym szaleństwie zapominamy o zawodnikach, którzy tylko czekają, aż ktoś zainteresuje się ich usługami. Przyjrzyjcie się tabelce poniżej:

ttt

14 nazwisk, 12 klubów, 385 lat i 3,2 mln euro – to liczby które uzyskamy po wykonaniu prostego dodawania pod kreską w tabelce powyżej. Jednak na (nie)szczęście piłkarzy, tego typu podsumowanie zupełnie nie ma sensu. Sens ma natomiast stwierdzenie – „Ci piłkarze wciąż są pod kreską”. Wszystkich wymienionych tutaj łączy jeden czynnik – każdy z nich miał okazję w ciągu ostatniego lub obecnego sezonu być jednym z kadrowiczów najlepszych zespołów w kraju. Zatem nie bezpodstawnym będzie powiedzenie, że w niedawnej przeszłości realnie stanowili o sile swoich drużyn. Dlaczego zatem w chwili obecnej mieliby być gorsi od aktualnych ekstraklasowiczów? Przeanalizujmy pokrótce historie każdego z nich.

Listę bramkarzy otwiera i… zamyka Zbigniew Małkowski, który na najwyższym poziomie rozgrywek bronił dostępu do bramki w 148 meczach. Puścił 177 bramek, zachowując przy tym 47 czystych kont. Mówi się o jego możliwym przejściu do Wigier Suwałki bądź Zagłębia Sosnowiec, gdzie miałby zagrać do końca sezonu. Ze względu na wiek, ciężko wyobrazić sobie rodowitego olsztynianina parafującego kontrakt z klubami pokroju Śląska Wrocław czy Jagiellonii. W przeszłości reprezentował barwy klubów ekstraklasowych i pierwszoligowych w Szkocji oraz Holandii.

Wśród defensorów wyróżnić możemy siedmiu zawodników. Na początku listy urodzony na Podlasiu Baranowski, mający na koncie prawie 50 występów w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, w barwach dwóch różnych klubów (GKS-u Bełchatów i Podbeskidzia Bielsko-Biała), a do tego prawie drugie tyle na jej zapleczu w barwach Stomilu Olsztyn i krótka przygoda w niemieckim FC Erzgebirge Aue. Niedawno mógł podpisać kontrakt z izraelskim Maccabi Ahi Nazaret, ale na przeszkodzie stanęła kontuzja. Obecnie przebywa na testach w prowadzonym przez Waldemara Fornalika Ruchu Chorzów.

Kolejnym środkowym obrońcą do wzięcia jest dwa lata młodszy od poprzednika były Wiślak Michał Czekaj. Choć krakowską Wisłę reprezentował przez 2871 minut na trzech frontach (Ekstraklasa, Puchar Polski, Liga Europy UEFA) to wszystkie te występy miały miejsce w dość zamierzchłych czasach – ostatni raz 90 minut na boisku spędził 12 września 2014 roku w wygranym przez krakowian 4:2 wyjazdowym meczu z Zawiszą Bydgoszcz. Całkiem niedawno internet obiegły zdjęcia Michała trenującego z gimnazjalistami w swojej byłej szkole.

Podobnie wygląda sytuacja byłego młodzieżowego reprezentanta Chorwacji Kristiana Ipsy, który od pół roku pozostaje na bezrobociu. W jego CV Piast Gliwice figuruje jako ostatni przystanek, a sam defensor liczy z pewnością na szybkie zatrudnienie w nowym miejscu. Cztery występy w Ekstraklasie okazały się niewystarczające do pozostania w drużynie wciąż aktualnego wicemistrza Polski, mimo iż swojego czasu interesował się nim niejeden polski szkoleniowiec o czym donosili użytkownicy Twittera:

Niecały miesiąc temu w pierwszoligowym Podbeskidziu podziękowano za grę prawemu obrońcy Damianowi Jakubikowi, który w przeszłości reprezentował barwy zespołu prowadzonego obecnie przez Franciszka Smudę Górnika Łęczna. Siedem występów w okresie luty-kwiecień 2016 również nie pozwoliły mu na przepustkę do ekstraklasowych kadr 2016/2017. Jeszcze pół roku temu przebywał na testach w Arce Gdynia, jednak obecnie ciężko będzie mu się wybić ponad poziom zaplecza najlepszej polskiej ligi.

W trójmieście brakło z kolei miejsca dla dwójki defensorów – Markovicia i siedem lat młodszego Rudinilsona. Obaj zagrali dla Lechii po pięć spotkań w ramach Ekstraklasy, jednak zarówno reprezentant Gwinei-Bissau, jak i posiadający obywatelstwo Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny piłkarz poszukują nowego miejsca na kontynuowanie kariery. O pierwszym z nich słychać ostatnio jedynie w kontekście wspólnych spotkań przyjacielskich z tenisistą Novakiem Djokoviciem, zaś pochodzącemu z Afryki defensorowi już niedługo przyjdzie stanąć przeciwko najlepszemu graczowi Bundesligi Aubameyangowi w rozgrywkach PNA 2017.

Potencjalnie najbardziej wartościowym piłkarzem spośród wszystkich wymienionych jest 30-letni Vladimir Volkov, grający do niedawna w zespole z Poznania na zasadzie wypożyczenia z belgijskiego KV Mechelen. Siedemnastokrotny reprezentant Czarnogóry czeka aktualnie na propozycje, a według serbskich mediów przymierzany jest do macedońskiego Vardara Skopje, jednak można też odnaleźć zdjęcia, sugerujące podążanie śladami Steevena Langila:

Listę pomocników rozpoczyna 25-letni Balashov Vitali, związany przez niemal całą swoją karierę z rodzimym Czernomorcem Odessa. Ukrainiec to obunożny lewoskrzydłowy, który miał okazję wystąpić ośmiokrotnie w koszulce z białą gwiazdą na piersi, a jego odejście z Krakowa raczej zakończyło jego przygodę z polską piłką – losy piłkarza są w tej chwili owiane tajemnicą.

Jednym z najgorętszych darmowych „kąsków” jest Piotr Ćwielong. Spekuluje się, że były zawodnik m.in. Wisły Kraków czy VFL Bochum pozostanie na południu Polski i wybierze grę dla Śląska Wrocław. W jednym z ostatnich wywiadów Waldemar Fornalik otwarcie przyznał, że żałuje odejścia najlepszego piłkarza rundy jesiennej Ruchu. Oficjalnym powodem rozstania z „Niebieskimi” są bliżej nieokreślone sprawy rodzinne, jednak samego gracza widziano w Sylwestra robiącego sobie zdjęcia m.in. z Sebastianem Dudkiem powiązanym z wrocławskim zespołem.

Egzotycznym nazwiskiem prezentującym się do niedawna kibicom w Polsce był Takuya Murayama. 27-latek z początkiem roku rozstał się z Ratchaburi FC (Tajlandia) i jestem przekonany, że rozważyłby powrót do naszej ojczyzny, by podreperować licznik spotkań – do tej pory rozegrał 78 meczów w ciągu czterech sezonów, strzelając 9 bramek i pięciokrotnie asystując. Jak podaje niemiecki odpowiednik portalu Transfermarkt, jest on przymierzany do PAE Veria, zajmującego przedostatnie miejsce w greckiej lidze.

Kolejnym pomocnikiem (mogącym występować również w linii ataku) łączonym ze Śląskiem Wrocław, prowadzonym od niedawna przez Jana Urbana, jest były zawodnik tego klubu Robert Pich. W polskich rozgrywkach zanotował 13 bramek, a pół roku temu powrócił z wypożyczenia do 2. Bundesligi, gdzie próbował przebić się do składu Kaiserslautern. Nic jednak nie wyszło z niemieckich podbojów i aktualnie spodziewamy się kolejnego głośnego powrotu.

Wśród snajperów mamy dwa nazwiska – Nikolic i Pawłowski. W pierwszym przypadku niestety nie chodzi o byłego już snajpera warszawskiej Legii, tylko o występującego ostatnio w Niecieczy piłkarzu, który nie nawiązał do wyczynów strzeleckich swojego odpowiednika z Warszawy. Zaledwie 177 minut na murawie w końcówce poprzedniego sezonu i tak pozwoliło mu znaleźć nowy klub w Serbii. Jednak już po pół roku plasujący się aktualnie na trzynastym miejscu w swoich rozgrywkach FK Radnik Surdulica zakończył współpracę z prawonożnym snajperem. Pawłowski zaś, ten białostocki, a nie ten z hiszpańską Malagą w CV, strzelił w barwach Jagiellonii sześć goli w 47 meczach. Jana Pawłowskiego najbardziej zapamiętają golkiperzy krakowskich drużyn, bo aż 66% swoich bramek urodzony w 1992 roku napastnik zdobył właśnie w bataliach przeciwko Wiśle Kraków bądź Cracovii.

Którego z graczy zobaczymy na wiosnę w trykocie polskiego zespołu? Czy istnieje jakakolwiek szansa, by zawodnicy pokroju Michała Czekaja czy Damiana Jakubika zaistnieli jeszcze na naszych stadionach? Nawet jeśli nie w Ekstraklasie, to bez wątpienia znalazłoby się dla nich miejsce w niejednym pierwszoligowym klubie. Zostawcie w komentarzach swoje uwagi dotyczące bohaterów tego krótkiego artykułu lub podążając za internetowymi trendami – wpisujcie miasta, które przygarnęłyby tych piłkarzy pod swoje skrzydła.

Daniel Rygielski