Często mówi się o piłkarzach, którzy na fali szybko zdobytej popularności wybijają się z Ekstraklasy do tzw. „lepszego życia”, czyli do klubów najczęściej zachodnich albo co bogatszych ze Wschodu. Kometa Halleya przelatuje koło Ziemi co 75 lat i może nieco rzadsze, ale równie legendarne są zdarzenia, kiedy to piłkarz, który w naszej lidze był totalnym nieporozumieniem nagle wypala za granicą w teoretycznie poważnej lidze. Opiszę Wam jeden taki przypadek.

Przykładów bramkarzy-parodystów z naszej ligi nie trzeba szukać daleko. Każdy na pewno widział nie raz jakiegoś „cabaja”, „przyrosia” albo wykonanego w barwach bliskiego memu sercu Śląska Wrocław „pawełka”. Na polskich boiskach oglądaliśmy jednak także grającego w podobnym stylu Słowaka Ladislava Rybanskiego. Zanim jednak zabierzemy się do wspominek, sprawdźmy, na jakim etapie kariery bramkarz jest obecnie.

Słowak zdaje się prezentować obecnie wyśmienitą formę na zapleczu węgierskiej ekstraklasy, śpieszymy jednak ze sprostowaniem słów Piotra Borkowskiego, gdyż trochę się pomylił: bramkarz ma 11 czystych kont, nie 13. Trzynastka to liczba bramek, jakie w tym sezonie wpuścił we wspomnianych 19 meczach. Mimo to statystyki golkipera robią wrażenie, ale wstrzymajcie się jeszcze z wytykaniem, że to przecież TYLKO druga liga węgierska.

Dla Rybanskiego, którego znamy, czyli w formie z polskiej Ekstraklasy w barwach Podbeskidzia, druga klasa rozgrywkowa w jakiejkolwiek europejskiej lidze to byłyby znacznie za wysokie progi. Klub z Bielska-Białej miał wtedy pecha, posiadając dwóch naprawdę kiepskiej jakości bramkarzy – opisywanego Węgra, a także Richarda Zajaca (miał wtedy chyba swój najsłabszy okres w drużynie „Górali”), którzy chyba rywalizowali w tym, kto spierniczy drużynie więcej meczów. Rybansky w Polsce stracił 21 bramek w zaledwie… 13 występach. Po tym słabym okresie golkiper przestał występować w meczach Podbeskidzia i aż do końca kontraktu na boisku pierwszego zespołu nie pojawił się nawet na minutę, jednak nawet ta mała liczba rozegranych u nas spotkań wystarczyła, by stać się niechlubną legendą bramkarską Podbeskidzia i całej ligi.

Po odejściu z Podbeskidzia Słowak trafił do trzeciej ligi słowackiej, skąd z FKM-u Nové Zámky po roku przeniósł się do węgierskiego Mezőkövesdu, który ciągle bramkarza wypożycza; Rybansky obecnie broni barw drugoligowej Békéscsaby. Czyżby dobre występy pozwoliły 32-letniemu golkiperowi powrócić z wypożyczenia i pograć jeszcze na najwyższym poziomie rozgrywkowym?

Zamieszczone wyżej tweety doskonale obrazują fakt, że posiadający podwójne obywatelstwo (oprócz rodzimego słowackiego Rybansky ma również paszport węgierski) bramkarz w Polsce jest już spalony, ale na Węgrzech wciąż walczy. Skąd nagła zwyżka formy w barwach Békéscsaby? Rybansky nie stał się nagle wybitnym bramkarzem, a podsumowując jego całą dotychczasową bramkarską karierę również nie ma się czym chwalić – w 154 meczach w poważnych ligach i pucharach stracił ponad 180 bramek, zachowując jednocześnie czyste konto… 48 razy. Co trzeci mecz z czystym kontem? Czy Słowak jest tak naprawdę przyzwoitym bramkarzem, a kiepskie statystyki „zawdzięcza” jedynie tragicznym występom kolegów z linii obrony? Może jeden z pierwszoligowych polskich klubów powinien jednak zainteresować się Ladislavem, dać mu szansę na wykazanie się tak jak to zrobił np. Marian Kelemen w Białymstoku?

Źródło zdj. głównego: iitbaa-gbf.com

Kuba Peciakowski