Okienko transferowe rozkręca się na dobre. Czujemy to po rosnącej liczbie Ekstraklasowych Raportów i z radością dajemy się wkręcać w to szaleństwo. Jak wiecie, z uwagą śledzimy nie tylko to, co dzieje się na naszym krajowym rynku transferowym, ale też bacznie przyglądamy się, co dzieje się za granicą. Sentyment nakazuje jednak zwracać szczególną uwagę na Polaków lub chociaż na graczy z polskimi korzeniami.

Odnotowaliśmy zatem niedawno, że Francuz polskiego pochodzenia, Timothee Kolodziejczak zamienił Sevillę na niemiecką Borussię Mönchengladbach. Mówi się też o niebotycznej ofercie, jaką Chińczycy złożyli Lukasowi Podolskiemu. Jego pobyt w Galatasaray mógł już być odbierany jako wstępne przygotowanie do piłkarskiej emerytury, a transfer do Chin byłby przejściem do owego stanu na dobre. O takiej emeryturce to można sobie pomarzyć! „Poldi” to rozsądny facet – wie, że najlepsze lata ma już za sobą i walka o najwyższe cele w Europie jest już poza jego zasięgiem. Jeśli więc ma propozycję, by pokopać piłkę w egzotycznej lidze za pieniądze pewnie większe niż te, które dostawał nawet w Bayernie – na jego miejscu na pewno pochylilibyśmy się nad ofertą.

Dużo mówi się też o zainteresowaniu futbolowych potęg napastnikiem Juventusu o polsko-włoskich korzeniach. Paolo Dybala miałby być na liście życzeń takich drużyn jak Real Madryt, FC Barcelona czy Manchester United. Kiedy czyta się takie informacje, siłą rzeczy zaczynamy żałować, że niektórych graczy, którzy mają przecież polskie pochodzenie, nie możemy oglądać w naszej reprezentacji. Zaczynamy grzebać głębiej i głębiej, aż w końcu – proszę bardzo – możemy stworzyć jedenastkę pod tytułem: „Oni mogli grać dla Polski”. Jedenastu piłkarzy, którzy mimo polskich korzeni, wolą reprezentować inne nacje:

die-obcokrajowcen
Co otrzymujemy? W bramce obecny mistrz Anglii i jednocześnie reprezentant Danii. W obronie, od prawej – kapitan Evertonu i reprezentant Anglii, na środku dwukrotny zwycięzcą Ligi Europejskiej w parze z aktualnym wicemistrzem Europy. Z lewej tegoroczny finalista Ligi Mistrzów. Jest moc! Taka ekipa rozwiązałaby wszystkie nasze defensywne bolączki: a przecież mamy jeszcze do dyspozycji Kamila Glika i Łukasza Piszczka. W zapomnienie odeszłyby też problemy z obsadzeniem lewej obrony. Brazylijczyka Filipe w każdej chwili mogliby zastąpić przecież Layvin Kurzawa, który gra na tej pozycji w PSG lub Kolodziejczak, dla którego pozycja ta również nie jest niczym obcym.

Z defensywnej piątki najbliżej rzeczywistego zasilenia naszej kadry był swego czasu Laurent Koscielny, którego do podjęcia takiej decyzji namawiał ojciec. Grę dla Polski ostatecznie wybił mu z głowy podobno sam Arsene Wenger. Z kolei powołania dla Schmeichela czy Filipe od początku byłyby skazane na niepowodzenie i to lekceważąc sprawę braku obywatelstwa. Nie jest mimo to tajemnicą, że obrońca Atletico pamięta o swoich polskich korzeniach. Jego pełne nazwisko to Filipe Luis Kasmirski. Ostatni człon to pamiątka po pradziadkach, którzy pochodzą z Kalisza.

Wyżej mamy duet środkowych pomocników: Melikson – Trochowski. Matka byłego gracza „Białej Gwiazdy” jest Polką, on sam posiada nasze obywatelstwo. Trochowski zaś to były etatowy reprezentant Niemiec i w minionych latach z pewnością byłby podstawowym graczem naszej drużyny. Dziś 32-latek pozostaje bez klubu, a wcześniej reprezentował Augsburg, gdzie trapiły go problemy z kontuzjami. O przywiązaniu do ojczyzny przodków świadczy widniejące dzięki niemu w paszporcie imię Piotr, choć w Niemczech wszyscy mówią na niego Peter.

Skrzydła to wspomniany na początku tekstu Lukas Podolski oraz Layvin Kurzawa. Ten drugi jest nominalnym lewym obrońcą, lecz jeszcze w barwach Monaco zdarzało mu się grywać bliżej bramki przeciwnika. Tak w jego, jak i w przypadku Jagielki (środkowego obrońcy Evertonu), ustalenie pozycji było oczywiście konsekwencją wybrania najsilniejszej personalnie drużyny. Bez wątpienia piłkarze tej klasy poradziliby sobie w przypisanej roli. Sam Kurzawa od początku wykluczał grę dla Polski, wierząc, że zdoła przebić się do kadry „Trójkolorowych”. Sztuka ta udała mu się po raz pierwszy w 2014 roku, lecz nie znalazł się w kadrze na zeszłoroczne Mistrzostwa Europy, w których Francja dotarła do finału.

Podobne stanowisko zajął Paulo Dybala, który od początku wykluczał grę w biało-czerwonych barwach. Napastnik o polsko-włoskim pochodzeniu odrzucał też możliwość występów dla Italii. Za polskie pochodzenie odpowiada jego dziadek Bolesław. Snajper Juve przyznał w jednym z wywiadów, że chciałby kiedyś wystąpić o polskie obywatelstwo, lecz w pierwszej kolejności czuje się Argentyńczykiem, czemu trudno się dziwić.  Wyobrażacie sobie atak Lewandowski – Dybala? Takiego napadu zazdrościłyby nam wszystkie reprezentacje świata, może właśnie poza argentyńską, gdzie stężenie ofensywnych graczy przekracza przyjęte normy. O miejsce w składzie Dybala rywalizować musi z Messim, Aguero, Higuainem czy Lavezzim. Ból głowy selekcjonera gwarantowany.

Ostatnim wybranym ogniwem jest Robert Acquafresca. Jego ewentualna gra dla kadry przez dłuuuugi czas przewijała się w mediach. Serial „zagra, nie zagra” emitowano za każdym razem, gdy napastnikowi Bolonii przydarzyło się lepsze spotkanie. Gracz miał polskie obywatelstwo, lecz ostatecznie w żadnej reprezentacji nie zagrał – ani polskiej, ani włoskiej. Zawodników, którzy mogliby grać dla Polski jest oczywiście znacznie więcej. Na ławce rezerwowych znaleźliby się: Lukas Jutkiewicz z Birmingham, Alexander Szymanowski z grającego w Primera Division Leganes, Dominik Wydra z VFL Bochum, Thomas Kaminski z belgijskiego Kortrijk, Tomer Hemed – były napastnik Almerii oraz duet z Malmö – Oscar Lewicki i Paweł Cibicki.

Ciężko stwierdzić, jak wyglądałby wyjściowy skład naszej reprezentacji przy włączeniu do niej wszystkich potomków polskich emigrantów. Zawodników o zbliżonych umiejętnościach jest tak wielu, że z pewnością decydowałaby aktualna forma i inne czynniki losowe, jak regularna gra w klubie, problemy zdrowotne czy humor selekcjonera. Stawiamy jednak, że na obecny moment byłoby to coś na kształt:

die-obcokrajowcen2
Siła. Do tego piekielnie mocna ławka rezerwowych… Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że jedenastka ta pozostaje w sferze niespełnionych marzeń. Skłonienie wielu z nich do wybrania naszej kadry jest – czy było – równie realne, co zwycięstwo Legii w tegorocznej Lidze Mistrzów. Mimo to, przyjemnie jest spojrzeć na wymienione nazwiska z poczuciem, że łączy je jedno – polska krew.

Skupiliśmy się wyżej na zawodnikach nadal grających w piłkę, więc na koniec wspomnijmy jeszcze tych, którzy, jak Miroslav Klose, zakończyli już przygodę z piłką. Jest kogo wspominać: prócz najlepszego strzelca w historii mistrzostw świata polskim pochodzeniem szczycił się chociażby Hernan Crespo, posiadacz pseudonimu „El Polaco”. Prócz niego można wymienić innego Argentyńczyka, Diego Klimowicza, a także kanadyjskiego napastnika Tomasza Radzinskiego. Do polskich korzeni przyznawał się też snajper Crystal Palace Andy Johnson. Przez chwilę deklarował nawet chęć gry dla naszego kraju, powołując się na pochodzenie swego dziadka. Według mediów wszystko to było gierką, mająca na celu zwrócić uwagę angielskiego selekcjonera, Svena-Gorana Erikssona. Piłkarz dopiął swego i niedługo po wspomnieniu polskiego dziadka zadebiutował w angielskiej kadrze.

Do tej grupy możemy też zaliczyć byłego obrońcę Arsenalu Pascala Cygana oraz pomocnika Bayeru Leverkusen Paula Freiera. Języka polskiego próbował go podobno nauczyć Jacek Krzynówek. W Bundeslidze długie lata występował też pomocnik Dariusz Wosz, który dla Polski grać chciał, lecz nie mógł, bo zabraniały mu tego przepisy FIFA, gdyż miał za sobą grę dla reprezentacji NRD.

Wojciech Górski