Piłkarze na ogół dzielą się na dwa typy. Jedni podróżują po świecie, co i rusz zmieniają pracodawców. Inni przywiązują się do swoich barw i pozostają im wierni aż do końca. Niektórzy aż nazbyt mocno kochają swój klub, a miłość jak to miłość – może odwrócić się ostatecznie przeciwko człowiekowi.

Piłkarze-podróżnicy to bardzo liczna grupa. Niektórzy jednak barwy klubowe zmieniają częściej niż inni. W historii polskiej Ekstraklasy mieliśmy kilka szczególnych przypadków. Najbardziej w oczy rzucają się tacy gracze, jak choćby Rafał Gikiewicz. Karierę rozpoczynał jako bramkarz klubu DKS Dobre Miasto. Później barwy zmieniał jednak szybciej niż rękawiczki (czy może raczej rękawice bramkarskie). Przenosił się do takich zespołów jak Sokół Ostróda, Drwęca Nowe Miasto Lubawskie, Wigry Suwałki, Jagiellonia Białystok czy Śląsk Wrocław. Po wojażach w naszym kraju, wyjechał za granicę, by pograć w Eintrachcie Brunszwik i (aktualnie) Freiburgu. Co ciekawe, w żadnym z tych zespołów bramkarz nie zabawił choćby trzech pełnych sezonów. Zazwyczaj przenosił się już po roku lub dwóch latach. Jego brat jest już totalnym pasjonatem podróży. Po Cyprze, Kazachstanie, Bułgarii i Arabii Saudyjskiej „czaruje” w lidze tajskiej.

Doskonałym przykładem obieżyświata jest także Tomasz Stolpa. Gdy rozpoczynał swoją karierę w Zagłębiu Sosnowiec, nic nie wskazywało na to, aby skończył jako piłkarski Odyseusz. Po czterech latach gry na Śląsku, przeniósł się do Tromso. Później grał jeszcze w siedmiu klubach (w tak egzotycznych ligach, jak choćby azerska), w których nie zagościł dłużej, niż… jeden sezon. Wydawało się, że ustatkuje się w 2011 roku, kiedy zawitał do Siarki Tarnobrzeg, ale po sześciu miesiącach dał sobie spokój z kopaniem piłki.

Czy ktoś jednak marzył o tym, żeby zostać tego typu podróżnikiem? Chyba nie. Przecież każdy w dzieciństwie wolał być raczej Gerrardem, Tottim czy Deyną swojego klubu, a nie Stolpą lub Gikiewiczem.

Nie ulega wątpliwości, że wierność jest cnotą. Ale… czy się opłaca? W wielu przypadkach prowadzi piłkarzy do zostania klubową legendą. Sporo takowych widać w przeszłości. Deyna czy Anioła byli ikonami swoich klubów (Legii i Lecha). Tam jednak warunkował to nieco system polityczny, który zabraniał piłkarzom swobodnych transferów do lig zagranicznych. W czasach współczesnych o takie legendy już ciężej, ale… i tak się zdarzają.

Szczególnie w oczy rzucają się przykłady z największych klubów. Przez wiele lat, na najwyższym poziomie dla Wisły Kraków grali tacy zawodnicy jak Paweł Brożek, Arkadiusz Głowacki czy Radosław Sobolewski. Ten ostatni bliski był nawet zostania trenerem „Białej Gwiazdy” na dłużej niż kilka kolejek. Legia Warszawa miała Kazimierza Deynę i Jacka Zielińskiego, a obecnie ma utrzymującego się już długo w klubie Jakuba Rzeźniczaka. Śląsk może pochwalić się natomiast osobą Dariusza Sztylki, który co prawda na początku swojej piłkarskiej kariery notował epizody u największego rywala – w drużynie Zagłębia Lubin. Później jednak jego serce na dobre zaczęło pompować zieloną krew i ostatecznie zabawił aż dziewięć sezonów w drużynie Śląska.

Dlaczego to lojalnych piłkarzy właśnie tych klubów pamiętamy? Reszta stawki nie ma swoich legend? A może po prostu nie potrafi o nie odpowiednio zadbać? Niestety prawdziwsza wydaje się być niestety hipoteza numer dwa.

Jej potwierdzeniem wydaje się być historia, jaką przeżywa właśnie Zbigniew Małkowski. Bramkarz, który ostatnie siedem lat spędził w Koronie Kielce, wyraźnie kocha swój klub i za wszelką cenę próbuje podpisać ze „złocisto-krwistymi” kolejny kontrakt. Pierwsza jego propozycja została odrzucona. Zaraz po informacji o tym, goalkeeper zmienił jednak swoje oczekiwania tak, aby były one bardziej korzystne dla Korony. Tym razem warunki przyjął sam prezes klubu. Na akceptację nie zgodziła się jednak Rada Nadzorcza.

Ta fatalna decyzja, jaką podjęli kielczanie może okazać się bardzo zła w skutkach dla samego bramkarza. Okazuje się bowiem, że Małkowski miał już gotowy kontrakt w Zagłębiu Sosnowiec. Nie podpisał go jednak, wciąż licząc na ruch ze strony Korony. Teraz oferta gry w I lidze przepadła, prawdopodobnie bezpowrotnie. Czy właśnie w taki sposób zasłużony gracz, został wyrolowany przez swój ukochany zespół? Niestety… wszystko na to wskazuje.

Czasem takich decyzji nie chce się po prostu komentować. I w tym przypadku na całą sytuację spuścimy zasłonę milczenia, a samemu zawodnikowi serdecznie współczujemy. Jak kolejny raz pokazuje życie – miłość jest ślepa. I boli, czasem bardzo.