Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński, a wcześniej choćby Ebi Smolarek – znajdź wspólny mianownik. Proste? Pewnie. Cała czwórka została piłkarsko wychowana za granicą, już w młodym wieku opuszczając ojczyznę. Jeśli dodamy do tego Glika, który swego czasu zaliczył epizod z rezerwami Realu Madryt, a także Piszczka czy Lewandowskiego, którzy po wyjeździe bardzo mocno rozwinęli się piłkarsko, wniosek nasuwa się sam – to za granicą najlepiej rozwijają się polskie talenty. Czy oznacza to zatem, że przed Grabarą, Łasickim i Bielikiem autostrada na piłkarskie salony? Nic bardziej mylnego, jeśli przyjrzymy się piłkarzom, którzy swoje umiejętności szlifowali za granicą, a w dorosłym futbolu zwyczajnie odbili się od ściany.

Chłopców testowanych przez największe kluby świata jest mnóstwo. Najzdolniejsi z nich, wyłowieni bystrym okiem poławiaczy piłkarskich pereł, dostają szansę rozwijania się w akademiach. Mają idealne warunki do rozwoju, pracują z najlepszymi profesjonalistami, lecz większość z nich nigdy nie powącha murawy w meczu Ligi Mistrzów, ba, zazwyczaj są nawet dalecy od zadebiutowania w pierwszej drużynie. Duża część z nich zwyczajnie znika z piłkarskiej mapy, stając się – i to w najlepszych przypadkach – przeciętniakiem w rodzimej bądź lokalnej lidze.

Przypomnijmy choćby wyjazd Kamila Glika do Realu Madryt. Wraz z nim „Królewscy” przyjęli do akademii dwóch innych Polaków: Krzysztofa Króla i Szymona Matuszka. Żaden z całej trójki oczywiście nie zbliżył się nawet do debiutu na Santiago Bernabeu, ale tylko obecny stoper Monaco potrafił wycisnąć maksa z madryckiej nauki i dziś bez dwóch zdań prezentuje poziom międzynarodowy. O pozostałej dwójce media wspominają „raz na ruski rok”, Matuszek jest zawodnikiem I-ligowego Górnika Zabrze, zaś Król… żyje jak król. Już dawno stał się bardziej celebrytą niż piłkarzem, nigdzie nie umiejąc zabawić dłużej niż półtora roku. Od czasu przygody z Realem grał w Polsce, Rumunii, Grecji, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, a jego ostatnim klubem było AAC Eagles Chicago.

Idźmy dalej: czy ktoś dzisiaj pamięta, że w 2007 roku 17-letni Michał Miśkiewicz podpisywał kontrakt z AC Milanem? Dziś jest jedynie rezerwowym bramkarzem Wisły Kraków. W podobnym wieku do Interu Mediolan odchodził Dawid Smug. Wiele się jednak tam nie nagrał – przez dwa sezony zaliczył ledwie cztery występy w juniorskiej drużynie. 22-latek od początku obecnego sezonu jest graczem Górnika Łęczna, lecz jeszcze nie zadebiutował. Co więcej, tylko raz znalazł się w meczowej kadrze. Naturalnie, ma jeszcze czas, by zaistnieć w dorosłej piłce, ale powtórki z kariery Wojtka Szczęsnego, który z juniorów przeszedł do pierwszej drużyny Arsenalu już nie będzie.

Kilka ładnych lat temu w kontekście potencjalnych przyszłych gwiazd kadry wymieniano Sebastiana Tyrałę. Zawodnik z podwójnym obywatelstwem długi czas szlifował umiejętności w juniorach Borussii Dortmund i parokrotnie zagrał nawet w pierwszym zespole. Dzisiaj 28-latek gra dopiero w trzeciej lidze niemieckiej w zespole Rot-Weiß Erfurt. W parze z nim do kandydatury na wielką karierę wymieniano chowanego w Feyenoordzie Michała Janotę. Ten w kadrze przechodził przez kolejne reprezentacje młodzieżowe, lecz w dorosłej piłce wciąż robi krok w tył, by potem zrobić… kolejny krok w tył. Póki co legitymuje się sześcioma bramkami w Ekstraklasie, do której w tej chwili stara się wrócić wraz z całym Podbeskidziem.

Podobnie rzecz ma się z kilkoma innymi chłopakami, wychowanymi podobnie jak Tyrała, w Niemczech. Martin Kobylanski nie potrafi przebić się do jedenastki Lechii Gdańsk, Daniel Dziwniel zwykle jest rezerwowym w Zagłębiu Lubin, a David Niepsuj stracił całą rundę wskutek kontuzji. Cała trójka to zawodnicy młodzi i – jak to mówią – utalentowani. Łączy ich także fakt posiadania zarówno polskiego, jak i niemieckiego obywatelstwa oraz to, iż służą za przykład, że samo wychowanie od poważnych niemieckich firm (odpowiednio Werderu Brema, Eintrachtu Frankfurt czy Borussii Mönchengladbach) nie jest gwarantem osiągnięcia europejskiego poziomu. Jeszcze bardziej kuriozalnie wygląda historia Damiana Rączki, który w 2007 roku był w kadrze U20, gdy Polska pokonywała Brazylię. Grający w juniorskich drużynach Schalke, Borussii Mönchengladbach czy Mainz Polak wylądował w końcu w szóstej lidze niemieckiej.

W naszej wyliczance nie może też zabraknąć miejsca dla Jarosława Fojuta i Tomasza Cywki, którzy za młodu kopali piłkę na Wyspach. Były stoper Boltonu wylądował w Pogoni, gdzie jest pewnym punktem obrony, a – jaka jest w ogóle nominalna pozycja Cywki? – były gracz Wigan niespecjalnie sprawdza się przy Reymonta. Jasne, odejście z tych klubów do Ekstraklasy to nie koniec świata, ale do poziomu reprezentacyjnego obu panom daleko. Jeszcze bardziej niespełniony jest kolega z kadry Rączki Ben Starosta. On także kopie dziś w amatorskich ligach, tyle że brytyjskich.

Zawodników z przeszłością w zagranicznych klubach jest więcej: żeby wspomnieć tylko Huberta Adamczyka z Cracovii (ex-Chelsea), Adama Buksę z Zagłębia (ex-Novara Calcio), Krystiana Popielę z Wisły Płock (był w Olympiakosie Pireus) lub Michała Koja z Ruchu (kiedyś Panathinaikos). To wciąż młodzi zawodnicy, z których większość nie ukończyła nawet dwudziestego roku życia. W przeciwną stronę idą inni jak Kapustka, Grabara, Stępiński, czy swego czasu Milik.

Jedni wracają do kraju z podkulonym ogonem, inni tułają się po zagranicznych ligach, nielicznym w końcu trafia się kariera marzeń, stają się idolami tysięcy fanów. Ważne jest jednak, aby samego wyjazdu, pobytu w zagranicznej akademii nie traktować jako sukces, a jedynie szansę. Taką, do której wykorzystania potrzeba naprawdę ogromu pracy. Sukces uzależniony jest od nastawienia, dlatego podoba nam się, jak na twitterowym koncie zwięźle opisał siebie Kamila Grabara: „Kandydat na bramkarza“. Nie bramkarz, lecz kandydat. I o tym pamiętać musi nie tylko młodziutki gracz Liverpoolu, lecz każdy z „naszych“ talentów – tych za granicą i tych szkolonych w kraju.

Wojciech Górski