Polska piłka jest siedliskiem wszelkiego rodzaju ewenementów, kuriozalnych sytuacji oraz patologii. Każdy sezon pisze nową historię, każdy rok dodaje kolejną opowieść do kanonu ekstraklasowych legend. Nagromadzenie wszelkiego rodzaju kuriozów ma obecnie miejsce w Chorzowie i w sumie chyba wiemy dlaczego – w tym sezonie Ruch jest wybitnie „polskim” klubem.

Dlaczego mówimy o „Niebieskich” w ten sposób? Niedawno na jaw wyciągane były brudy dotyczące podwójnych umów zawodników, klub został ukarany odjęciem ośmiu punktów (przy spłaceniu należności kara może stopnieć do czterech), teraz odwołuje się od przywróconego zakazu transferowego. Okej, ale gdzie w tym wszystkim szczególna „polskość”? Otóż dla chorzowskiej drużyny od początku sezonu zagrało tylko dwóch zagranicznych piłkarzy! Jest to wynik, jakby nie patrzeć, niezwykły. Rzadko zdarza się, by zespoły z najwyższej krajowej ligi składały się niemal wyłącznie z rodzimych zawodników. Szczególnie te wcale nie podzielające filozofii Athletic Bilbao, i które nie zwykły stronić od zatrudniania graczy innych nacji.

Wyjątkami w chorzowskiej kadrze są bramkarz Libor Hrdlicka i napastnik Eduards Visnakovs. Obaj przybyli do drużyny już po rozpoczęciu ligowych rozgrywek, dzięki czemu Ruch przez siedem pierwszych kolejek wystawiał skład złożony tylko i wyłącznie z Polaków! Dopiero w ósmej kolejce, w meczu ze Śląskiem Wrocław na boisku pojawił się pierwszy obcokrajowiec – wspomniany wyżej Visnakovs. Zarówno Łotysz, jak i Słowak są zawodnikami z pogranicza pierwszego składu: Visnakovs wystąpił w dziewięciu spotkaniach, lecz ani razu nie zagrał w pełnym wymiarze czasowym. Hrdlicka zaś wskoczył do bramki pod koniec października i póki co utrzymuje wywalczone miejsce.

Wydaje się, że w rundzie wiosennej obcokrajowców w Ruchu raczej nie przybędzie. Problemy finansowe i nałożony zakaz transferowy sprawiają, że klub chcąc nie chcąc musi pochylić się nad zdolną, rodzimą młodzieżą. A że jest nad czym – w Chorzowie powinni wiedzieć akurat najlepiej. To oni zimą zeszłego roku sprzedali do Liverpoolu młodziutkiego Kamila Grabarę, to z ich drużyny do Nantes odszedł Mariusz Stępiński. To ich 16-letni pomocnik, Przemysław Bargiel, wpadł w oko skautom Interu Mediolan i z dobrej strony pokazał się na testach we włoskim klubie. Kto wie, może patologiczna sytuacja zespołu okaże się paradoksalnie okazją do wypromowania kolejnych młodych zawodników? Nie jest tajemnicą, że Czesi czy Słowacy mają nierzadko dużo niższe wymagania finansowe niż Polacy. „Po co ściągać zagraniczny szrot, skoro w niższych ligach jest mnóstwo młodych zdolnych Polaków?” – wielu z Was przytoczy taki argument. Młodzi, niedoświadczeni Polacy to broń obusieczna. Ktoś może odpalić błyskawicznie, ktoś będzie potrzebował czasu, a w wypadku niektórych okaże się, że to zbyt wysokie progi. Sytuacja „Niebieskich” zmusza do tego, by ZASTANOWIĆ SIĘ nad posiłkami od naszych południowych sąsiadów.

Na przeciwnym biegunie znajduje się z kolei Śląsk Wrocław. O ile we wrocławskiej defensywie dość często zdarza się jeszcze zobaczyć polskie nazwiska, tak wśród zawodników ofensywnych rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Wystarczy powiedzieć, że w swojej kadrze wśród pomocników i napastników Śląsk ma zaledwie czterech Polaków: Dankowskiego, Madeja, Bilińskiego oraz 19-letniego Mariusza Idzika. Pal sześć, gdyby politykę kadrową broniły wyniki. Klub z Wrocławia ma jednak najmniej strzelonych bramek w całej lidze!

Cóż, jak widać znów górę bierze zasada złotego środka. Ruch ze Śląskiem i ich odmienne podejścia łączy bowiem jedno – słabe wyniki i niskie miejsce w ligowej tabeli.

Wojciech Górski