Nikogo już nie dziwią informacje, że Polak strzela gole za granicą. Mamy wielu świetnych eksportowych zawodników. Lewandowski, Milik z Zielińskim, Teodorczyk i Grosicki podbijają ligi niemiecką, włoską, belgijską i francuską. Przez to bogactwo naszych rodaków w europejskich rozgrywkach czasem pomija się tych, którzy równie aktywnie przysługują się dla tych nieco mniej znanych i nie tak medialnych klubów.

Pamiętacie walijski The New Saints, z którym nie bez problemów w rozgrywkach europejskich mierzyła się nasza Legia Warszawa? W barwach tegoż TNS, obecnego lidera rodzimej ligi, występuje Polak Adrian Cieślewicz, który w ubiegłej kolejce zdobył dla swojego klubu dwie bramki, śrubując swój dotychczasowy wynik na poziom pięciu trafień w sześciu meczach. Robi wrażenie. W klubie Polaka jest od niego trzech lepszych strzelców, ale trzeba zaznaczyć, że Cieślewicz był przez długi czas wyłączony z gry – ominął aż 14 ligowych kolejek z powodu nieprzyjemnego urazu pęknięcia czaszki. Ciekawe, ile trafień miałby na koncie, gdyby meldował się na boisku we wszystkich tych spotkaniach?

Jasne, zdajemy sobie sprawę, że cała liga walijska to w gruncie rzeczy rozgrywki półprofesjonalne, a o poziomie rozgrywek świadczy choćby fakt, że kiepski przecież w porównaniu z innymi europejskimi mistrzami klub Cieślewicza zajmuje obecnie w lidze pierwszą lokatę z bezpieczną… 21-punktową przewagą nad drugim Bala Town FC i bilansem… 20-0-0! Tak, wygrali wszystkie dotychczasowe spotkania. Niemniej jednak miło nam, że Polak sobie radzi za granicą, a na dodatek przyczynił się do wyrównania rekordu holenderskiego Ajaxu.

O, teraz się zainteresowaliście? Już tłumaczę – poniedziałkowy mecz TNS z Cefn Druids (4:0) było 26. kolejnym wygranym przez lidera ligi spotkaniem. Identycznie osiągnięcie na swoim koncie zapisali aż 44 lata temu gracze wspomnianego już wcześniej byłego pracodawcy Arka Milika. Czego by nie mówić o przepaści w poziomie sportowym między przeciwnikami jednych i drugich rekordzistów, trzeba przyznać, że to ciekawe dokonanie.

Ale wróćmy do naszego polskiego rodzynka. Kilka lat temu wydawało się, że Cieślewicza czeka wspaniała kariera, bowiem swoje przygodę z poważniejszą piłką rozpoczął w drużynie U18 Manchesteru City, a  jego ojciec to były zawodnik ekstraklasowych klubów Lecha i Śląska. Polakowi nie było jednak pisane wykorzystywanie asyst Silvy i Toure i po tułaczce po niższych walijskich i angielskich ligach Cieślewicz trafił do B36 Torshavn z Wysp Owczych, w którym… spotkał swojego starszego brata Łukasza. Panowie pograli razem jednak tylko dwa miesiące, a Adrian z Wysp Owczych udał się do Walii, w której występuje do dzisiaj, a od czasu transferu do The New Saints zdobył dla swojej drużyny 28 bramek oraz 13 asyst w zaledwie 71 występach.

Przeprowadzka do Walii nie spowodowała jednak, że Adrian został odcięty od brata. Obaj panowie stanęli nawet naprzeciw siebie w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Młodszy brat nie pozostawił złudzeń starszemu i TNS w dwumeczu rozbiło farerski klub wysokim wynikiem 6:2, o którym nikt poza rodzeństwem pewnie już nie pamięta. Niestety przygoda z LM skończyła się dla Adriana już w kolejnej rundzie po skromnej przegranej w dwumeczu z Videotonem 1:2.

Ciekawe, jak dalej potoczą się losy naszego przedstawiciela w Walii. Jak utrzyma formę, to z pewnością zainteresują się nim bardziej poważne drużyny. Kto wie, może zawita i do Polski? Widzielibyście Adriana w składzie swojego klubu?

Źródło zdjęcia: dailymail.co.uk

Kuba Peciakowski