Jeszcze kilka lat temu było zupełnie nie do pomyślenia, by w reprezentacji Polski mogło zabraknąć miejsca dla zawodnika z Bundesligi. Tym bardziej dla zawodnika, który jest kapitanem swojego klubu. A już kompletnym szaleństwem byłoby odrzucenie gracza, którego drużyna przez całą rundę nie przegrała ani jednego meczu! Czy dziś, w obliczu nowej generacji piłkarzy, jesteśmy sobie w stanie na to pozwolić?

Mowa oczywiście o Eugenie Polanskim. Kapitan Hoffenheim notuje ze swoim zespołem przedziwny bilans sześciu zwycięstw i aż dziesięciu remisów, co daje „Wieśniakom” piątą lokatę w tabeli Bundesligi. Pozycja Polanskiego, mimo objęcia funkcji kapitana, nie jest jednak bardzo mocna. Urodzony w Sosnowcu zawodnik siedem spotkań rozpoczynał w wyjściowej jedenastce, trzy razy wchodził jako zmiennik, a w sześciu spotkaniach w ogóle nie pojawił się na placu gry. Klasyczne określenie: „gra w kratkę” pasuje jak ulał.

Wczoraj w mediach pojawiły się informacje, że usługami Polanskiego zainteresowany byłby Hamburger SV. Tylko perspektywa częstszych występów mogłaby przekonać 30-latka do transferu, bo ciężko byłoby mówić tu o sportowym awansie. HSV od kilku sezonów szoruje dno tabeli, mimo całkiem przyzwoitego budżetu i klubowego zaplecza. W tym także zapowiada się mocna walka o utrzymanie – z zaledwie trzynastoma punktami zespół zajmuje trzecie  od końca miejsce, nieznacznie wyprzedzając Ingolstadt i Darmstadt. W tunelu widać jednak słabe światełko: z ostatnich sześciu spotkań drużyna przegrała tylko jedno. Mimo tego zamiana jednej z rewelacji sezonu na kandydata do spadku nie wydaje się dla Polanskiego korzystna, nawet jeśli grałby tam częściej niż obecnie. A przecież w Hamburgu nikt miejsca w składzie za darmo też nie odda.

Jak w kontekście tych rewelacji wygląda relacja na linii Polanski – reprezentacja Polski? Czysto teoretycznie jest to piłkarz, który mógłby zająć miejsce w środku pola naszej kadry lub chociaż zostać wartościowym zmiennikiem, kolejną taktyczną alternatywą. Z jednej strony mógłby zająć miejsce obok Grześka Krychowiaka i pełnić podobną rolę co Krzysiek Mączyński lub Karol Linetty – grającego nieco wyżej niż Grzesiek, ale mocno wspierającego go w defensywie. Z drugiej: pasowałby do gry trzema pomocnikami w środku, z wysuniętym Piotrkiem Zielińskim. I wreszcie, w obliczu słabej formy lub niedyspozycji Krychowiaka byłby mocnym kandydatem do zastąpienia gracza PSG. W dodatku jego styl gry byłby odpowiedni w końcówkach spotkań, kiedy musielibyśmy bronić wyniku. Póki co Nawałka w takich chwilach desygnował do gry Jodłowca, a chyba wszyscy zgodzimy się, że to nie ten kaliber futbolisty.

To jedna strona medalu. Druga, ciemniejsza, opiera się o relacje piłkarza z selekcjonerem i zawodnikami. Adam Nawałka na początku swojej kadencji spotkał się z Polanskim, od którego dowiedział się, że ten „zastanowi się” nad grą w kadrze przy ewentualnym powołaniu. Takie podejście nie mogło oczywiście spodobać się autorytatywnemu selekcjonerowi i wkrótce potem zawodnik Hoffenheim ogłosił, że póki trenerem jest Nawałka, on w kadrze nie zagra. Długo w swym postanowieniu nie wytrzymał i już pod koniec 2014 roku, po kilku naprawdę udanych meczach kadry, zgłosił chęć powrotu. Śpiewkę zmieniał jeszcze kilkukrotnie: najpierw gdy pół roku później stwierdził, że choć decyzji o rezygnacji żałuje, to nie ma prawa żądać powołania. Później, po udanym Euro 2016 na łamach „Kickera” i „Super Expressu” ponownie deklarować silną chęć powrotu.

Mamy poważne wątpliwości czy obecność „farbowanego lisa” dobrze wpłynęłaby na atmosferę w kadrze. Charakter Polanskiego tez może być pewną zagadką, bo przecież potrafił w żołnierskich słowach wyjaśnić taktykę Franciszka Smudy:

Tą wypowiedzią Eugen zyskał sympatię polskich kibiców, ale tylko po to, by później stracić ją strojąc fochy niczym Ludo Obraniak. Z tym ostatnim łączy go nieustanne obrażanie się na kadrę, szukanie winnych wszędzie wokół i dziecinne dąsy. Trudno też dopatrywać się przejawów patriotyzmu w zmianie imienia Bolesław na Eugen, czy graniu w niemieckich reprezentacjach młodzieżowych. Ponadto jeszcze w 2009 roku Polanski otwarcie mówił, że jedyną reprezentacją w jakiej chce grać jest ta niemiecka. Zdanie zmienił dopiero, gdy nabrał pewności, że to jednak zbyt wysokie progi.

Czy piłkarsko Polanski jest kadrze niezbędny? Wydaje się, że nie, choć z pewnością mógłby być jej cennym uzupełnieniem. Ciężko wyobrazić sobie, by Nawałka zrezygnował z Krychowiaka na rzecz Polanskiego, nawet przy słabszej dyspozycji Grzegorza. W obliczu zdrowego i będącego w dobrej formie duetu z Napoli też raczej nie miałby szans zagrać w pierwszej jedenastce. Umówmy się, że w obecnej formie Piotrek Zieliński zjada Eugena na śniadanie. Następny w kolejce do gry jest dobrze radzący sobie w Sampdorii Karol Linetty. Piłkarz z klubu zbliżonego poziomem do Hoffenheim i prezentujący podobny poziom sportowy. Linetty jest jednak zawodnikiem młodszym, perspektywicznym i pasującym do koncepcji Adama Nawałki. Jest skromnym chłopakiem, który do dorosłej kadry trafił z tych młodzieżowych i od lat związany był z reprezentacją. Takim, dla którego gra w niej to zaszczyt i duma, co również odróżnia go od Polanskiego.

Dalej mamy Krzyśka Mączyńskiego, który w Wiśle wydaje się być w najlepszej dyspozycji od czasu powrotu z Chin. Paradoksalnie dobra forma w lidze nie ma przełożenia na jego pozycję w reprezentacji. Wydaje się, że jego najlepszy okres w kadrze przypadł na eliminacje i Euro 2016. Dziś, przy dobrej formie Zielińskiego i Linettego o grę będzie mu niezwykle trudno. Do tego dochodzi wchodzący do kadry Jacek Góralski, przewija się temat Damiana Dąbrowskiego, a jeśli do dobrej dyspozycji powróci Tomasz Jodłowiec, to także powinien liczyć się w grze o powołania.

Polanski jeszcze bardziej wzmógłby rywalizację o miejsce w składzie, ale z pewnością mamy go kimś zastąpić. Zaprawdę pięknych czasów dożyliśmy, kiedy właściwie bez bólu możemy skreślić kapitana niepokonanej drużyny z Bundesligi. Polanski-piłkarz bowiem na powołanie pewnie zasługuje, zaś Polanski-człowiek już niekoniecznie.

Wojciech Górski