Zrobienie kariery w naszym kraju do spółki z rodzeństwem jest niemal tak pewne jak czwarte miejsce Arsenalu w Premier League. Wystarczy spojrzeć chociażby na losy i kariery braci Kaczyńskich, Golców, Cugowskich, Mroczków czy sióstr Młynarskich, Przybysz, Grycan. Branża nie ma znaczenia! Ta sama krew wiążąca dwie osoby, które dążą do tego samego celu wydaje się dawać jakąś małą przewagę nad resztą, nie wspominając już o większym zainteresowaniu ze strony mediów czy kolorowych czasopism. Co w wypadku rywalizacji czysto sportowej, w którym mimo wszystko o sukcesie decydują tylko umiejętności?

 

Bracia, wszędzie bracia…

Historia ostatnich stu lat polskiej piłki pamięta kilkanaście przypadków braci, którzy wspólnie walczyli o wypromowanie swojego nazwiska poprzez poczynania na zielonej murawie. Pierwszymi, którzy zagrali razem w reprezentacji Polski byli Franciszek i Tadeusz Zastawniakowie z Cracovii (Polska – Rumunia 3:3, 1927 rok). Ich śladem szły kolejne rodzeństwa, choć oczywiście takie historie pisały się nie tylko na skalę międzynarodową, ale również na krajowym podwórku. W 1948 roku, w premierowych derbach Łodzi w barwach ŁKS wystąpił Zbigniew Łuć, a już w rewanżowym spotkaniu u jego boku wystąpił brat Tadeusz. Były także duety utożsamiane wyłącznie z jedną drużyną – w latach 70. w składzie Gwardii Warszawa występowali Adam i Edward Lipińscy, w Opolu kibice tamtejszej Odry mogą wspominać braci Kotów – Antoniego, Edwarda i Karola, zaś Śląsk Wrocław w swoich szeregach miał w tym samym czasie braci Garłowskich. Nie sposób też nie wspomnieć o futbolowym klanie Garncarczyków, braciach Brożek kojarzonych głównie z krakowską Wisłą czy też braciach Żewłakow.

Są także rodzeństwa, w których jeden zdecydowanie bardziej wybija się poziomem ponad tego drugiego. Wówczas dochodzi często do nieprzyjemnych porównań, jednak z drugiej strony podobno lepiej, by mówili cokolwiek, niż nie mówili wcale. W ten sposób wszyscy z nazwiskiem Dudek utożsamiają wyłącznie triumfatora Ligi Mistrzów z Liverpoolem i późniejszego bramkarza Realu Madryt Jerzego, zaś mało kto pamięta o jego bratniej duszy Dariuszu, który właściwie nigdy nie wybił się ponad poziom ligowej piłki. W podobnej sytuacji kilkanaście lat wcześniej byli bracia Kupcewiczowie; Janusz został m.in. zdobywcą brązowego medalu na mundialu rozgrywanym w 1982 roku w Hiszpanii, natomiast ciężko doszukać się sukcesów w piłkarskim CV starszego Zbigniewa.

Wreszcie mamy przypadek braci Saganowskich – Marka i Bogusława. Pierwszy brylował na boiskach  ekstraklasowych i zagranicznych, drugi pomimo prawie 40 lat na karku wciąż czynnie uprawia beach soccer, będąc jednocześnie legendą polskiej reprezentacji w tej odmianie piłki nożnej.

 

Braterskie DNA w XXI wieku

Aktualnie ze święcą w ręku szukać można piłkarzy ze sobą spokrewnionych i robiących światowe czy chociażby krajowe kariery. W Polsce doszukać się możemy zaledwie trzech przypadków, gdzie chociaż jeden z dwójki rodzeństwa występuje w Ekstraklasie. Na pierwszy ogień idą panowie kryjący się pod kojarzonym bardziej ze sceną muzyczną nazwiskiem – Bednarek. Urodzony w 1992 roku Filip niemal całą swoją dotychczasową karierę związał z Holandią, dokąd emigrował, mając zaledwie 15 lat. Aktualnie reprezentuje barwy drugoligowego De Graafschap Doetinchem, gdzie ma okazję występować w składzie m.in. z Piotrem Parzyszkiem. Na tym poziomie rozgrywek rozegrał już 50 spotkań. Do tej pory jego największym osiągnięcie był debiut na poziomie Eredivisie w barwach Twente Enschede, gdzie pięciokrotnie meldował się na boisku w pełnym wymiarze czasowym. Był o krok od znaczącego skomplikowania planów Ajaxu Amsterdam na zdobycie mistrzowskiego tytułu. 17 kwietnia tego roku jego zespół prowadził do 86. minuty na wyjeździe z pretendentem do triumfu w lidze 2:0. Wówczas to w ciągu kilku minut do jego siatki trafili Davy Klaasen i… Arkadiusz Milik z rzutu karnego.

Cztery lata młodszy Jan jest jednym z tych młodych zawodników w naszej Ekstraklasie, którzy mają ostatnio regularnie okazję, by udowadniać swoją wartość. Od młodzieżowego reprezentanta Polski ustalany jest skład prawie każdego meczu Lecha Poznań w ostatnich miesiącach. W barwach „Kolejorza” debiutował już w wieku 17 lat, jednak na kolejny występ od pierwszej minuty musiał czekać ponad rok. W sezonie 2015/2016 został wypożyczony do Górnika Łęczna, by tam nabierać niezbędnego doświadczenia. Choć pierwszą jedenastkę przeplatał meczami spędzonymi w całości na ławce rezerwowych, to osiemnaście pojedynków rozegranych w zespole z województwa lubelskiego procentuje właśnie teraz, w czasach Nenada Bjelicy. Doczekał się nawet pierwszego małego wyróżnienia:

bednarek-gala

Źródło: http://weszlo.com

W internecie doszukać się można różnych opinii na temat samej gry młodego defensora, jednakże nie można mu odmówić tego, że za jego występami kryją się bardzo dobre statystyki:

Kolejną piłkarską dwójką braci, gotową do krótkiej analizy są Michał i Mateusz Makowie. W tym wypadku mamy do czynienia z niemal identyczną ścieżką rozwoju, choć ich kariery pokierowane zostały aktualnie w dwa różne miejsca. Bracia Mak urodzili się tego samego dnia – 14 listopada 1991 roku. Obaj mieli okazję doświadczyć już przeróżnych sytuacji związanych z występami na boisku. Długi czas występowali razem w barwach chociażby Wisły Kraków, Ruchu Radzionków czy bełchatowskiego GKS-u, gdzie stanowili o sile drużyny. Następnie ich drogi się rozeszły, jednak cały czas w obrębie naszej Ekstraklasy; 27 lutego tego roku po raz pierwszy mieli okazję stanąć do boju twarzą w twarz, jednak w barwach dwóch różnych teamów: Lechii Gdańsk (Michał) i Piasta Gliwice (Mateusz). Pokazali się w sposób najlepszy z możliwych – każdy strzelił bramkę dla swojej drużyny, jednak zwycięską ręką z tego pojedynku wyszedł Michał, którego Lechia pokonała drużynę późniejszego wicemistrza Polski 3:1.

Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, iż obecny sezon obaj mogą zaliczyć do najbardziej nieudanych w swojej karierze. Jesteśmy u schyłku roku 2016, zaś obaj od początku lipca zanotowali łącznie (!) na swoim koncie… 196 minut. Grający do niedawna w trójmieście Michał zdecydował się na wypożyczenie do Niemiec, gdzie atakuje dla występującej na zapleczu Bundesligi Arminii Bielefeld, zaś Mateusz wciąż jest zawodnikiem Piasta, jednak jego sezon jest właściwie stracony z powodu ciągle odnawiającej się kontuzji kolana. Ostatnim spotkaniem, jakie rozegrał był mecz drugiej rundy eliminacji do Ligi Europy przeciwko szwedzkiemu IFK Göteborg. Aktualnie przechodzi rehabilitację i zgodnie z przewidywaniami fizjoterapeutów na boisko powróci w okresie przygotowawczym do rundy wiosennej. Odnośnie niemieckiej przygody jego brata do mediów docierają różne informacje, jednak te najświeższe mówią o prawdopodobnym skróceniu okresu wypożyczenia i powrocie do Gdańska jeszcze przed początkiem wiosennych meczów ekstraklasowych. Z pewnością wzmocniłoby to rywalizację na skrzydłach drużyny Piotra Nowaka. Trzeba sobie powiedzieć szczerze: wyjazd za zachodnią granicę nie przyniósł młodemu piłkarzowi żadnych pozytywów. Tak wyglądał jego pierwszy i zarazem ostatni mecz w koszulce Arminii:

mak

Źródło: http://flashscore.pl

Zostali nam jeszcze bracia Zielińscy. Jeden z nich powoli staje się piłkarzem solidnego europejskiego formatu. Mowa oczywiście o Piotrze Zielińskim, reprezentującym barwy drużyny z Neapolu. Mając zaledwie 22 lata, zaliczył już 21 występów w kadrze narodowej, trzykrotnie umieszczając piłkę w siatce. Dodatkowo, to właśnie jego transfer figuruje obecnie w czołówce najdroższych, jeżeli chodzi o polskich piłkarzy. Według danych zamieszczonych przez portal transfermarkt.pl, z dniem 4 sierpnia parafował umowę ze swoim nowym klubem, zaś całkowita kwota sprzedaży wyniosła 14 mln euro. Suma ta nie jest dziełem przypadku – utalentowany pomocnik od kilkunastu miesięcy sprawdza się na boiskach Serie A, udowadniając że to on będzie w najbliższej przyszłości decydował o poczynaniach drugiej linii w reprezentacji Polski. Poniżej skrót spotkania, w którym to strzelił jedną z pięciu bramek drużynie Cagliari Calcio:

Zgoła inaczej potoczyła się kariera jego starszego brata Pawła, występującego obecnie w zespole Śląska Wrocław, z którym związany jest od sezonu 2013/2014. W Ekstraklasie zadebiutował 16 lutego 2014 roku, zaś jedyną jak do tej pory bramkę na tym poziomie strzelił 30 listopada tego samego roku w zremisowanym 1:1 spotkaniu przeciwko Pogoni Szczecin. Grający z numerem 23 na koszulce obrońca wyceniany jest przez Transfermarkt na kwotę 250 tysięcy euro. Mimo problemów Śląska ze skuteczną grą zarówno w defensywie, jak i ofensywie, piłkarz wciąż nie przekonuje do siebie kolejnych trenerów. Od początku obecnego sezonu spędził na murawie tylko 254 minuty, a kiedy już pojawiał się na boisku, jego zespół nigdy nie zdobywał kompletu punktów.

Znacie podobne przypadki z ekstraklasowej historii? Może wśród zespołów z niższych lig wciąż można odnaleźć nieoszlifowane diamenty, występujące z tym samym nazwiskiem na klubowym trykocie? Czekamy na przykłady!

 

Daniel Rygielski