Jeden z najlepszych transferów Lecha Poznań w ostatnich latach. Łowca bramek i hat-tricków. Juventus, Borussia, czy Widzew – żaden przeciwnik mu nie straszny. W zespole „Kolejorza” miał zastąpić Roberta Lewandowskiego i trzeba przyznać, że z tego zadania wywiązał się świetnie. Arjtoms Rudnevs przypomniał o sobie bramką w meczu z Borussią Dortmund, która dała jego drużynie cenny jeden punkt. Warto więc przypomnieć sobie jego polski epizod i zobaczyć jak toczyły się jego dalsze losy w Bundeslidze.

Łotysz trafił do Poznania w sierpniu 2010 roku i już w 21. minucie swojego debiutu z Widzewem zdobył bramkę. Swoje strzeleckie umiejętności prezentował również w dalszej części sezonu, który w wykonaniu Lecha był wręcz spektakularny (przynajmniej na arenie europejskiej) i to głównie za sprawą Łotysza. W pamięci fanów „Kolejorza” zapadł zapewne przede wszystkim jego hat-trick zdobyty w spotkaniu z Juventusem, który dał poznaniakom cenny remis. Podobnie było z resztą w meczu rewanżowym. Bramka Rudnevsa przyniosła Lechowi punkt, który zapewnił mu awans go fazy pucharowej. Pierwszy sezon w nowej drużynie przyniósł mu ogólnie 42 występy, w których zdobył 22 bramki. Jeszcze lepiej było rok później, gdy na 33 spotkania przypadło 25 bramek (w tym 4 hat-tricki) i korona króla strzelców Ekstraklasy. Ten wyczyn nie został niezauważony za naszą zachodnią granicą, a po Rudnevsa zgłosił się niemiecki HSV. Kwota odstępnego wynosiła około 3,5 milionów euro. Lech zarobił więc na jego transferze aż 3 miliony. Trzeba przyznać – dobry interes.

Debiut w Bundeslidze nie był tak udany, jak w naszej Ekstraklasie, a na bramkę Łotysza trzeba było poczekać aż do piątej kolejki. Defensywy Nürnberg, Werderu, Eintrachtu i Borussii Dortmund okazały się za silne dla byłego zawodnika Lecha. Przełamanie nastąpiło dopiero w meczu z Borussią Monchengladbach. Rudnevs poszedł za ciosem i ukąsił także w kolejnym spotkaniu z Hannoverem. Na tym jednak skończyła się jego dobra passa. Była to najdłuższa seria strzelecka Rudnevsa w Bundeslidze i zdołał ją potem powtórzyć tylko raz. Na swoje bramki kazał czekać czasem jedno, czasem trzy, a czasem nawet siedem spotkań (średnio trafiał co 195 minut). Mimo to cieszył się zaufaniem trenera i regularnie występował w pierwszym składzie. Rozgrywki zakończył z 35 meczami, 12 bramkami i czterema asystami, co nie jest złym wynikiem jak na debiut w Bundeslidze.

Tragicznie rozpoczął się dla niego za to sezon 2013/14. Zaczął od dwóch wejść z ławki rezerwowych. W trzecim meczu rozegrał już pełne 90 minut, ale skończyło się bez bramki, a HSV wciąż nie potrafiło wygrać spotkania. Wygrali natomiast czwarte spotkanie, które Łotysz przesiedział już na ławce. Nie zagrał także w kolejnych dwóch meczach przez problemy z przywodzicielem. Cała reszta rundy jesiennej to siedzenie na ławce, przeplatane kilkuminutowymi występami i kontuzją kolana. Do stycznia Rudnevsowi udało się spędzić na placu gry tylko 174 minuty, które nie przyniosły żadnej bramki. Logicznym wyjściem wydawało się więc wypożyczenie. W ten sposób nasz bohater trafił na pół roku do Hannoveru, w którym się odbudował. Wywalczył sobie miejsce w pierwszej jedenastce i strzelił w rundzie wiosennej cztery gole. Choć znowu nie ominęła go kontuzja, przez którą musiał pauzować cztery mecze.

Po powrocie czekało go kolejne brutalne zderzenie z hamburską rzeczywistością. Już na wstępie trener Bruno Labbadia zapowiedział, że nowy-stary gracz może liczyć co najwyżej na miejsce na trybunach. Jak powiedział, tak zrobił. Do końca pierwszej rundy Rudnevs rozegrał… 0 minut! Przynajmniej w pierwszej drużynie. Powoływany był na mecze drugiej drużyny, w której zagrał pięć pełnych spotkań. Na swoim koncie zapisał trzy bramki i jedną asystę. Sporo mówiło się wtedy o jego powrocie do Lecha. Wiadomości te podgrzewał Mateusz Borek, który twierdził, że Lechici zastanawiają się nad ściągnięciem swojego byłego napastnika. Dyrektor do spraw piłkarskich HSV – Peter Knaebe – ogłosił jednak otwarcie, że Rudnevs nigdzie nie odejdzie przed wypełnieniem kontraktu (który obowiązywał do końca sezonu). Sam trener Labbadia nie chciał wielkich zmian kadrowych i chciał wykorzystać maksymalny potencjał posiadanych piłkarzy. Stwierdził też, że Rudnevs dostanie nową szansę. I tym razem nie kłamał. Od stycznia do marca Łotysz zagrał w każdym meczu (w tym dwa razy po 90 minut). Na ławce usiadł znów na początku kwietnia i do końca sezonu wystąpił już tylko w jednym meczu. W całym sezonie w Bundeslidze rozegrał tylko 600 minut. Rezultat – 2 bramki i jedna asysta. Nic więc dziwnego, że zdecydował się na zmianę klubu.

Koniec kontraktu dawał mu spore pole manewru. Zdecydował się jednak zostać w Bundeslidze, mimo ponownych plotek łączących go z Lechem. Tak oto na początku sezonu trafił do FC Koeln. Przygodę z nowym klubem rozpoczął od asysty w meczu z SV Darmstadt 98. Nie mogło być jednak zbyt pięknie i pech Rudnevsa dał o sobie ponownie znać. Co się stało? Problem mięśniowy, 18 dni absencji i trzy przegapione mecze. Po urazie napastnik powoli łapał minuty wchodząc z ławki rezerwowych. Od powrotu po kontuzji pojawiał się już prawie w każdym meczu. Na ławce został tylko raz – w starciu z Eintrachtem Frankfurt. Kila razy wszedł w pierwszym składzie. Tak było np. w ostatnim meczu z Borussią Dortmund, w którym zdobył premierową bramkę w Bundeslidze w barwach FC Koeln. Jedno trafienie zaliczył także w Pucharze Niemiec, w którym rozegrał dwa spotkania. Wydaje się, że były zawodnik Lecha wciąż będzie mógł liczyć na regularne występy w FC Koel, a to tylko dobrze mu zrobi. Rudnevs ma przecież dopiero 28 lat, więc sporo część kariery dopiero przed nim. Pozostaje więc życzyć mu jeszcze więcej minut i kolejnych bramek, bo talent strzelecki na pewno wciąż w nim drzemie.

Tomasz Brożek