Nie, nie będzie to kolejny tekst na temat meczu Wisła Płock-Ruch Chorzów. O spotkaniu tym napisano przez dwa dni już chyba wszystko: było szalone tempo, pełne błyskawicznych ataków, mieliśmy wybuchy radości, rozpaczy, nagłe zwroty akcji, no i oczywiście padł grad goli. Skupimy się jednak na czymś zupełnie innym.

Na czym, pytacie? Właściwie to „na kim?”, bo chodzi o Piotra Wlazło, bez którego o meczu średniaków Wisły z Ruchem nikt by już dzisiaj nie pamiętał. Przyznamy szczerze, że dla nas Piotrek był do tej pory znany jedynie jako szeregowy, wręcz trochę anonimowy zawodnik, występujący w naszej Ekstraklasie. Wiedzieliśmy, że jest i tyle. Pomocnik natomiast nie robiąc sobie nic potrząsnął w sobotę całą polską ligą. W jednym spotkaniu totalnie rozpieprzył system: zdobył swojego pierwszego gola, a kilkadziesiąt minut później pierwszego hat-tricka. Na dodatek trzeci gol Wlazły był trafieniem z kategorii „Stadiony świata” lub też, powołując się na słownik Mateusza Borka, z kategorii „Ależ gol!”. Chyba o czymś zapomniałem… a tak, dzięki swoim bramkom Piotr praktycznie w pojedynkę odmienił losy meczu, zapewniając wygraną, którą na dodatek przerwał fatalną passę Wisły Płock bez wygranego meczu. Wszystko to wydaje się nieco nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, że pomocnik jeszcze w latach 2011-2013 nie sprawdził się na testach w… czterech klubach! Wlazło próbował zachęcić do zaoferowania mu pracy sztaby szkoleniowe Arki Gdynia, Jagiellonii Białystok, a także Wisły Kraków, lecz żadna z drużyn nie zdecydowała się na podpisanie kontraktu. Wychowanek Radomiaka nie spełnił oczekiwań nawet w… KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, czyli zespole sklasyfikowanym niżej niż ówczesny pracodawca Piotrka.

Po nieudanych testach w kilku zespołach, gdy wydawało się, że Wlazło już nigdy o Ekstraklasę się nie otrze, po tym, jak jego kontrakt z Radomiakiem Radom wygasł, po wolnego zawodnika zgłosiła się występująca wówczas w I lidze Wisła Płock. Dwa lata później Piotr wywalczył z płockim klubem awans do upragnionej Ekstraklasy, a dwa dni temu zdobył w niej takiego gola:

Co czeka dalej najnowszego bohatera Wisły? Trzeba przyznać, że jego kariera rozwija się z pewnym opóźnieniem. Debiutanckie trafienie w Ekstraklasie w wieku 27 lat?

Również nam obiło się w sieci „o uszy” stwierdzenie, że Piotr Wlazło jest objawieniem sezonu i młodym talentem. Nie ma się co oszukiwać – pomocnik ten jest obecnie w kwiecie piłkarskiego wieku, w końcu udało mu się zaistnieć i szerzej pokazać piłkarskiemu światu, ale żadnym „młodym perspektywicznym” nie jest. Bardzo podobną historię do Piotrka, stanowiącą jednocześnie dobry wzór do naśladowania, jest kariera klubowego kolegi Wlazły, bramkarza Seweryna Kiełpina. Golkiper również był już kiedyś zawodnikiem ekstraklasowego klubu, Polonii Bytom, jednak przez kilka sezonów między słupkami zagrał jedynie kilka razy. Z Bytomia poprzez Ruch Radzionków trafił w końcu do Wisły Płock, w której jak dotąd rozegrał 107 spotkań i jest obecnie podstawowym bramkarzem ekstraklasowego klubu.

Zarówno przykład Piotra Wlazły, jak i jego klubowego kolegi Kiełpina pokazują, że nie zawsze piłkarz, który przechodzi do klubu z niższej ligi, żeby móc regularnie grać, traci bezpowrotnie możliwość powrotu do Edenu polskiej piłki, czyli naszej Ekstraklasy. Regularna praca i wytrwałość popłaca. Co powinien teraz zrobić Wlazło? Na pewno spróbować wykorzystać impet i medialny szum, który towarzyszy mu od kilku dni i, używając terminologii bokserskiej, pójść za ciosem. Przed Wisłą Płock ważne spotkanie w Białymstoku z tamtejszą Jagiellonią. Kto wie, czy utrzymanie dobrej dyspozycji i porządny występ Piotra Wlazło przed samą przerwą zimową i otwarciem okna transferowego nie zaowocuje transferem do silniejszej drużyny lub znacznie bardziej lukratywnym kontraktem u obecnego pracodawcy?