Spora liczba zawodników po zakończeniu kariery zostaje trenerami. Niektórzy chcą trenować młodzież, a inni wygrać Ligę Mistrzów. Mało kto jednak grał w większości największych polskich klubów, był kapitanem reprezentacji Polski, a karierę trenerską zaczął na norweskim piątym poziomie rozgrywkowym. Mało jest też osób tak znienawidzonych na Łazienkowskiej jak Paweł Kaczorowski.

Paweł Kaczorowski urodził się 22 marca 1974 roku w Zduńskiej Woli i mimo 42 lat na karku jeszcze nie zakończył definitywnie kariery zawodniczej, którą wciąż kontynuuje w norweskim Hallingdal Il, pełniąc tam funkcję grającego trenera. Jednakże jego życiorys jest bardzo ciekawy i warto przyjrzeć mu się bliżej. Kaczorowskiemu można by nadać przydomek „Obieżyświat”, ponieważ przez całą swoją karierę zwiedził aż 15 klubów! Najdłużej grał, a w zasadzie wciąż gra, w wyżej wspomnianym Hallingdal. Przygodę z piłką rozpoczynał w Polsce, w rodzimej Zduńskiej Woli. W sezonie 1997/98 przeszedł do KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, gdzie dostał szansę debiutu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Następnie grał w poznańskim Lechu, z którym zaliczył spadek z ligi i stamtąd trafił do Polonii Warszawa. W ciągu dwóch i pół roku spędzonych przy Konwiktorskiej zagrał w 54 spotkaniach, przy okazji wygrywając krajowy puchar w 2001 roku. Zimą 2003 roku wrócił do Lecha, gdzie przywdziewał niebieską koszulkę przez kolejne dwa lata. I ten fragment jego kariery oraz zachowanie w czasie gry w Poznaniu zdyskwalifikowało go w oczach kibiców Legii po jego transferze na Łazienkowską. W 2004 roku miejsce miał pamiętny niekoniecznie z powodów sportowych finał Pucharu Polski. W dwumeczu „Kolejorz” pokonał „Wojskowych” 2:1, ale najważniejsze było to, co się działo na stadionie „Wojskowych” po zakończeniu rewanżu. W czasie wręczania trofeum przez nikogo nie powstrzymywani chuligani Legii dostali się na sektor VIP, po czym rzucili się na zawodników Lecha, niektórym z nich zabierając medale. Zachowanie skandaliczne, które nigdy nie powinno mieć miejsca na jakimkolwiek stadionie piłkarskim.

Po meczu, w czasie fety Kaczorowski był jednym z tych, którzy najgłośniej obrażali Legię. Poznaniacy zaintonowali piosenkę „Legła Warszawa”, a Paweł był jednym z głównych „śpiewaków”. To po tym spotkaniu i tych zachowaniach Kaczorowski otrzymał przydomek „Chórzysta”, który ciągnął się za nim przez całą jego późniejszą karierę. Legia, a w zasadzie jej kibice nigdy mu tego nie zapomnieli i nie wybaczyli.

A co po pół roku zrobił 31-letni wówczas piłkarz? Przeszedł do Legii. Pomijając względy sportowe, patrząc na sytuację z boku, był to ruch całkowicie niezrozumiały. Wcześniej „Kaczor” grał w Polonii i Lechu, czyli u dwóch największych rywali stołecznego klubu, o czym dobrze wiedzieli sympatycy Legii. Dodatkowo w pamięci mieli niedawny finał pucharu i zachowanie ich nowego „ulubieńca”. Trybuny od początku pokazywały, co myślą o nowym pomocniku. W Warszawie nie było Pawła Kaczorowskiego, był „Chórzysta”, którzy nigdy nie miał szans zostać „Legionistą”. W czasie jego debiutu na Łazienkowskiej z Żylety poleciały gumowe kaczki oraz został wywieszony transparent z przekazem do nowego zawodnika. W mediach Paweł starał się odwrócić sytuację w żart, mówiąc, że zabrał synowi jedną z kaczek, ale przed samym sobą do śmiechu mu raczej nie było.

Nawet strzelając bramki doprowadzał kibiców do wściekłości, gdyż nie uznawali oni zdobytych przez Pawła bramek. Nie pomogło spotkanie z sympatykami, na którym łysawy pan przyznał, że nie ma za co przepraszać, a ci, parafrazując na wersję cenzuralną, przekonywali go, że z Legii i z Warszawy ma wyjechać. We wrześniu 2005 roku rozwiązał kontrakt i dołączył do… Wisły Kraków, czyli kolejnego rywala Legii. Nie zagrał tam ani razu i po roku wyjechał do Wrocławia, gdzie w Śląsku rozegrał kilkanaście spotkań, a następnie powrócił do Poznania, tym razem przywdziewając zieloną koszulkę Warty. Następnie występował w GKP Gorzów Wielkopolski i Turze Turek, w którym zakończył zawodową grę w piłkę oraz rozpoczął przygodę z trenerką. Co prawda później występował jeszcze w barwach Kolejorza Poznań, oldbojów Lecha i Jutrzenki Warta, ale nie był to już ten poziom, na którym grał w ciągu poprzednich lat.

Do tego wszystkiego, pomiędzy rokiem 2000 a 2005, 14 razy zakładał koszulkę reprezentacji Polski i strzelił jednego gola w meczu przeciwko San Marino. 12 lipca 2004 roku, w towarzyskim meczu przeciwko USA rozgrywanym w Chicago, dostąpił nawet zaszczytu noszenia na ramieniu opaski kapitańskiej kadry Polski.

W 2013 roku rozpoczął się nowy rozdział w życiu Pawła Kaczorowskiego. Jak później wyznał, sam chciał wyjechać za granicę i dzięki informacji od swojego kolegi dowiedział się, że Hallingdal IL poszukuje trenera pierwszej drużyny. Spakował więc walizki i razem z żoną i synem wyjechał do położonej kilkadziesiąt kilometrów od Oslo i zamieszkałej przez niecałe 3000 mieszkańców miejscowości o pięknie piłkarskiej nazwie Gol. Jego nowa drużyna występowała wówczas w IV lidze, dzisiaj gra poziom wyżej, widać więc wkład Polaka w wyniki zespołu. Łącznie w białych barwach wystąpił w ponad 60 spotkaniach i strzelił pięć bramek. Oprócz biegania po boisku jest również asystentem trenera w pierwszym zespole. Jak sam przyznał w wywiadzie ma nadzieję, że praca w Hallindgal da mu szansę wybicia się w trenerskim świecie oraz będzie dobrą szkołą trenerskiego fachu.

Kaczorowski w czasie swojej kariery przejechał się w naprawdę zakręconym rollercoasterze. Grał w wielu dużych polskich klubach, które kibicowsko za sobą – lekko mówiąc – nie przepadają. Zaliczył oba poznańskie kluby, „Białą Gwiazdę” oraz Warszawę, w której jako zawodnik Legii nie miał łatwego życia. Dla kibiców „L-ki” na zawsze już pozostanie „Chórzystą”, do którego nie będą mieli żadnego szacunku. Kaczorowski postanowił się odciąć od wszystkiego, co przeżył w Polsce. Może nie całkowicie, bo nie zerwał wszystkich kontaktów ze znajomymi i kolegami z boiska, ale postanowił obrać bardzo niecodzienny kierunek jak na początkującego trenera. Wybrał Norwegię, która mało komu kojarzy się z dobrym poziomem piłkarskim, a bardziej z Marit Bjørgen, fjordami, łososiem i wysokimi pensjami. Ale nie wyszedł na tym źle. Mimo zaawansowanego wieku dalej gra w piłkę oraz rozwija się jako trener. Kto wie, może kiedyś usłyszymy jeszcze o Pawle Kaczorowskim jako dobrym trenerze, podbijającym norweskie albo polskie boiska. Nie pozostaje nam nic, jak tylko życzyć powodzenia.

Paweł Tanona