Dorastał w czasie drugiej wojny światowej, choć miała ona miejsce ponad 70 lat temu. Miał okazję grać i trenować z Kazimierzem Górskim, choć w naszym kraju jest niemal anonimowy. Otrzymał państwowe odznaczenie, choć jest to tytuł nadany mu przez prezydenta Algierii. Za niedługo ponad miesiąc skończy 97 lat, a mimo to jest wciąż najbardziej utytułowanym za granicą polskim trenerem. Oto historia Stefana Żywotki, która mogłaby służyć za scenariusz dobrego filmu.

Powodem, dla którego powstał ten artykuł jest tweet rzecznika prasowego Pogoni Szczecin, który potwierdził fakt, iż do Polski przyleciała algierska telewizja, by nagrać krótki materiał o osobie popularnego w tamtym regionie Afryki trenera. Dla wielu Algierczyków jest on wciąż prawdziwą legendą – pamięć o nim sięga nawet stolicy Francji, gdzie w jej arabskiej części można na murach spotkać hasła zatytułowane „Viva Kabylie, Viva Stefan”. Skąd ta niezwykła popularność szkoleniowca, który ostatni raz Algierię odwiedził 12 lat temu, a i tak jego nazwisko było skandowane przez 30 minut na miejscowym stadionie?

W 1976 roku wraz z Kazimierzem Górskim miał wyjechać do Kuwejtu. Wszystko to tuż po Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu, gdzie nasza reprezentacja zdobyła srebrny medal. O tym, że życie dla obu panów napisze zupełnie inne scenariusze zdecydował… ważny paszport. Nieżyjący już trener Górski dzięki aktualnemu dokumentowi zdołał migrować do Grecji, gdzie w późniejszych latach pisał swoją historię m.in. jako trener dwóch największych klubów Hellady – Panathinaikosu Ateny i Olympiakosu Pireus. W tym samym czasie szansę na podążenie jego śladami stracił Stefan Żywotka. Los jednak wymyślił dla niego bardziej egzotyczny kierunek – w ten sposób rok później objął algierski JS Kabylie. Szkoleniowiec został ściągnięty tutaj, by poprawić pozycję drużyny, która w ostatnich latach szczyciła się naprawdę dobrymi wynikami, jednak w chwili zmiany trenera zajmowała zaledwie ósme miejsce co odbierane było przez kibiców i zarząd jako porażka. Polska myśl szkoleniowa została od tej chwili stopniowo wdrażana w działania i struktury klubu, zaś sam sposób pracy trenera pochodzącego z Lwowa przypadł do gustu wszystkim osobom powiązanym z zespołem grającym swoje mecze w miejscowości Tizi-Ouzou. Planowana na dwa lata przygoda rozciągnęła się w czasie i trwała blisko 15 lat!

La légende

Wszystko rozpoczęło się od konieczności nauki języka i zwyczajów panujących w nowym miejscu pracy. Już na samym starcie trener dał się poznać piłkarzom dzięki rządom twardej ręki – dokonał zmiany metod treningowych oraz wybudował własnoręcznie od podstaw siłownię (w trakcie urlopu swoich podopiecznych). Z biegiem czasu wszyscy dostrzegali widoczny postęp jaki poczynili piłkarze, co przekładało się na coraz lepsze wyniki. Zawodnicy nabierali żelaznej kondycji, a szkoleniowiec wprowadził do użytkowania pojęcie „kwadransu Rapidu”.  Sam schemat wydawał się banalnie prosty – trener tak przygotował swoich zawodników kondycyjnie, by w końcówkach spotkań, to jego piłkarze wskakiwali na wyższe obroty i wbijali kilka bramek opadającemu zazwyczaj z sił rywalowi. Oprócz tego wiele uwagi poświęcał aspektom mentalnym i kładł nacisk na bezwzględną akceptację swojej osoby przez piłkarzy.

Po czterech latach pojawił się pierwszy poważny problem, przez który jego trenerska kariera na północy Afryki zawisła na włosku. Musiał on wracać do Polski – wszystko to przez grożące mu widmo utraty mieszkania. Kiedy jednak ma się w swoich szeregach kogoś tak profesjonalnego, to robi się wszystko, by nie opuścił on zespołu któremu dał tak wiele. Dokumenty niezbędne do pozostania w Algierii załatwił trenerowi sam Minister Sportu, który w zwięzły i prosty sposób rozmówił się z polskim urzędnikami pracującymi w tamtejszej ambasadzie.  Chwilę później wszystkie stosowne papiery czekały na podpis, zaś cała akcja okazała się strzałem w dziesiątkę i szybko przyniosła oczekiwane żniwo. W 1981 roku JS Kabylie zdobyło pierwszy w swojej historii puchar za zwycięstwo w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. Klub nie spoczął na laurach i w kolejnych latach dokładał do swojej gabloty kolejne trofea. Łącznie przez 14 lat pracy w mieście położonym około 100 km od Algieru, polskiemu trenerowi udało się siedmiokrotnie sięgnąć po triumf w krajowej lidze oraz w 1990 roku powtórzyć wyczyn zespołu sprzed 9 lat, zdobywając tym samym drugi (i ostatni za jego kadencji) tytuł najlepszej drużyny klubowej Czarnego Lądu. Sam Żywotka tak wspomina to wydarzenie:

Czasami jechaliśmy na mecz kilka dni wcześniej, żeby się przyzwyczaić. Na niektórych stadionach było prawdziwe piekło. Obiekty, które wyglądały jakby zaraz miały się rozwalić, wypełnione tysiącami ludzi. A my wtedy już byliśmy marką, więc każdy nastawiał się na nas agresywnie, chcieli pokazać, że pokonają faworytów. Ciekawy był finał z 1990 roku, graliśmy z Nkana Red Devils z Zambii. Pierwszy mecz u siebie wygraliśmy, w rewanżu przegraliśmy 0:1 i doszło do rzutów karnych. A w przerwie spotkania na murawę wszedł prezydent Zambii. Pożonglował piłką, pokazał zwody, które potrafi, strzelił na bramkę. I nie trafił. To był chyba znak, że oni też nie trafią w karnych, wygraliśmy 5:3.”

Przez ponad dekadę zdołał zaskarbić sobie sympatię wszystkich piłkarskich maniaków z północy Afryki i pewnie gdyby nie napięta sytuacja polityczna w kraju, to swoją dalszą przyszłość związałby z „Lisami Pustyni”, czyli reprezentacją narodową Algierii, której ofertę prowadzenia zmuszony był kilkukrotnie odrzucić. Dzięki takiemu obrotowi spraw popularny „Dziadzia Stefan” wrócił do ojczyzny na zasłużoną emeryturę. W tym miejscu wspomnieć też należy o jego dokonaniach na krajowym podwórku.

Jest on do dnia dzisiejszego trenerem pracującym najdłużej z pierwszym zespołem Pogoni Szczecin (1965-1969). Ekipę „Portowców” objął, gdy ta spadła z ekstraklasy. W pierwszym sezonie swojej pracy wywalczył awans, a w roku 1968 poprowadził drużynę do szóstego miejsca w końcowej tabeli – wówczas najwyższego w dwudziestoletniej historii klubu. To za jego czasów w obecności 40 tysięcy widzów Pogoń ogrywała Górnika Zabrze z Polem, Lubańskim i Szołtysikiem w składzie. Przypomnijmy, że ten sam Górnik docierał do ćwierćfinału Pucharu Europy, a w 1970 r. wystąpił w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Pracował także z lokalnym rywalem Pogoni – drużyną Arkonii, którą prowadził łącznie przez kilkanaście sezonów. Nie był jednak wtedy wrogiem jednych czy drugich, gdyż jak sam mówi – w tamtych latach nikt nie myślał o wybrykach na trybunach, a wszyscy dopingowali w sposób kulturalny i z poszanowaniem przeciwnika. Z powodzeniem prowadził także Wartę Poznań (awans do drugiej ligi) oraz Arkę Gdynia (awans do pierwszej ligi). Całkiem niedawno piłkarze Pogoni trenowani wówczas przez Czesława Michniewicza, mieli okazję poznać żywą legendę w trakcie jednego z treningów, a całe zdarzenie zarejestrowały kamery:

A czy Wy jesteście w stanie wskazać innych polskich trenerów, osiągających tak duże sukcesy za granicami naszego kraju?

Daniel Rygielski