Na pewno wielu z Was oglądało chłopaków z MythBusters. Dzisiaj to my wcieliliśmy się w rolę pogromców mitów i postanowiliśmy skonfrontować nasze ekstraklasowe stereotypy z rzeczywistością. Na pierwszy ogień wyświechtany slogan: „2-0 to niebezpieczny wynik”. Czyżby?

Ileż to razy słyszeliśmy trenerów, którzy usprawiedliwiali postawę swych drużyn powyższym zdaniem? Ileż razy słyszeliśmy komentatorów twierdzących, że dwubramkowa przewaga nie daje gwarancji zwycięstwa? Wzięliśmy pod lupę sto ostatnich spotkań Ekstraklasy, w których choć przez chwilę widniał wynik 2-0 i – proszę przysunąć się do monitora – zapraszamy Was do zapoznania się z wynikami naszego śledztwa.

Na początek skupmy się jedynie na tym, co działo się w tym sezonie. Dotychczas 63 razy zdarzało się, by któraś z drużyn wyszła na prowadzenie 2-0. I aż w 58 przypadkach drużyna ta dowiozła zwycięstwo do końca. Trzykrotnie byliśmy świadkami remisu: w ósmej kolejce Łęczna odrobiła trzy bramkową stratę do Piasta, remisując 3-3 (dwa gole Hernandeza w doliczonym czasie gry), w trzynastej serii gier Śląsk dał się dogonić Cracovii (2-2, remis uratował z karnego Dąbrowski), a w ostatniej kolejce Legia roztrwoniła przewagę nad Wisłą Płock.

Zaledwie dwukrotnie byliśmy świadkami prawdziwego comebacku. Sztuka ta udała się tylko i wyłącznie warszawskiej Legii, która najpierw podniosła się w pierwszym spotkaniu przeciw płockiej Wiśle przechodząc z 0-2 na 3-2. Drugim razem udało im się wytrącić zwycięstwo z rąk Korony. W dwunastej minucie przegrywali 0-2, ale podnieśli się i ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4-2 dla stołecznego klubu.

Jeszcze wymowniejszy wynik zobaczymy, gdy rozszerzymy statystykę do stu spotkań: 93 zwycięstwa drużyn „uciekających”, pięć remisów i zaledwie dwie porażki. Wychodzi nam więc, że zalewie w 7% przypadków drużyna, która wypracowała sobie dwubramkową przewagę nie wygrała danego spotkania. Sporo? Naszym zdaniem to raczej zbyt mało, żeby mówić tu o „niebezpiecznym wyniku”. Wiadomo, że w momencie strzelenia drugiej bramki mecz się nie kończy, ale przy zachowaniu odpowiedniej koncentracji „goniący” powinien mieć naprawdę gigantyczny problem z odwróceniem wyniku na swoją korzyść.

Fakt, że tylko Legia potrafiła w takiej sytuacji wydrzeć rywalom zwycięstwo w pewien sposób dobrze podsumowuje ich poczynania w obecnym sezonie. Zdarza im się wyjść na boisko kompletnie rozkojarzonym, ale z drugiej strony są na tyle mocną drużyną, że wrzucając piąty bieg są w stanie odwrócić losy każdego spotkania naszej ligi. A kiedy ponownie spoczną na laurach – nawet Wisła Płock jest w stanie pokusić się o powrót do gry.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w Pucharze Polski. Tam, gdy często przegrywający nie ma nic do stracenia, comebacki zdarzają się nieco częściej. W tej edycji PP (począwszy od rundy wstępnej) pięciokrotnie mieliśmy do czynienia z „powrotem z dalekiej podróży”. Najpierw MKS Kluczbork mimo prowadzenia 4-1 nie potrafił pokonać ekipy z Kalisza, która po dogrywce zwyciężyła 4-5. Później cieszyli się fani Chojniczanki, których drużyna pokonała 3-2 Kotwicę Kołobrzeg. W tej samej rundzie skompromitowali się piłkarze Wisły Płock, którzy oddali prowadzenie Stali Mielec i ostatecznie ulegli wynikiem 3-4.

Do tego dochodzi powrót Górnika Zabrze, który w 1/16 przegrywał z Legią 0-2, ale doprowadził do dogrywki w której zwycięską bramkę zdobył Bartosz Kopacz. A na sam koniec przykład z Ostrowca, gdzie miejscowe KSZO odrobiło dwubramkową stratę do Rakowa Częstochowy, by w końcu zwyciężyć 3-2. Mamy zatem aż pięć powrotów, co i tak – przy dziewiętnastu spotkaniach z dowiezionym zwycięstwem – daje wynik jednego comebacku na pięć spotkań.

2-0 to niebezpieczny wynik? Naprawdę, kiedy następnym razem usłyszymy szkoleniowca tłumaczącego się w ten sposób chyba zmienimy kanał. No chyba że akurat będzie to „Zizou” po kolejnym remisie z Legią.