Do tej pory irlandzki sen o Europie kojarzył się nam wyłącznie z migracją rodaków za pracą, wykształceniem, lepszym życiem. Od niedawna, dzięki irlandzkiemu klubowi  z Dundalk, polski klub po 20 latach spełnia swój sen o Europie uczestnicząc w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Jednak prawdziwy, irlandzki sen o Europie dzieje się… bezpośrednio u źródła.

 

Żegnaj Ligo Mistrzów!

17 sierpnia 2016, godzina 22:40 – niemiecki sędzi Deniz Aytekin kończy pierwsze spotkanie IV rundy eliminacyjnej Ligi Mistrzów UEFA 2016/2017. Drużyna mistrza Polski pokonuje na wyjeździe irlandzki Dundalk FC 2:0, po bramkach Nemanji Nikolica i Aleksandra Prijovica przekraczając jedną nogą próg bram ze złotym napisem LIGA MISTRZÓW. Sześć dni później zespół ze stadionu przy Łazienkowskiej pieczętuje (w słabym stylu) awans do tych elitarnych rozgrywek, remisując na własnym boisku 1:1, po bramce Michała Kucharczyka w doliczonym czasie gry. Tym samym Wojskowi realizują główny cel nakreślony przez trio właścicieli. To właśnie Dariusz Mioduski, Maciej Wandzel i Bogusław Leśnodorski stają się głównymi (mimo że drugoplanowymi) autorami awansu Legii na poziom Ligi Mistrzów, kończąc jednocześnie piękną przygodę z Ligą Mistrzów półamatorskiego zespołu z hrabstwa Louth. Czy aby na pewno był to koniec ich marzeń?  Czy może jednak śmierć zadana feniksowi, który już wkrótce odrodzi się z popiołów by znowu przypomnieć całej Europie o małym klubie z Oriel Park?

 

Kopciuszka wkraczającego na europejskie salony poznać chce każdy kibic piłki kopanej, który zdaje sobie sprawę, jak wielka przepaść dzieli zespoły małe i mniejsze od tych największych. Dlatego w tym miejscu warto pokrótce opisać historię klubu oraz jego obecną sytuację, by zrozumieć z jak wielkim krokiem w ich 113-letniej działalności mamy do czynienia. Drużyna FC Dundalk została założona w roku 1903, a jej siedziba znajduje się w 39-tysięcznym miasteczku, w którym dom zespołu stanowi stadion mogący pomieścić sześć tysięcy widzów. Pojemność ta jest nazbyt wygórowana, gdyż na podstawie prowadzonych statystyk możemy dowiedzieć się, że na meczach trybuny zapełniają się ledwie w połowie. Jest drugą najbardziej utytułowaną drużyną w historii Irlandii, mimo iż tytuł mistrza kraju zdobywali „zaledwie” jedenastokrotnie. Została pierwszym teamem z siedzibą poza stolicą kraju, który zdobył pierwsze miejsce w krajowych rozgrywkach ligowych. Najcieplej kibice wspominają jednak lata 70. i 80. minionego wieku, kiedy to poza dwukrotnym triumfem w lidze, drużyna mogła również mierzyć się z europejskimi tuzami takimi jak FC Porto, Celtic Glasgow czy Tottenham Hotspur notując fantastyczną passę pięciu meczów bez porażki na własnym stadionie w europejskich rozgrywkach klubowych.W ciągu 113 lat Dundalk wprowadziło do kadry narodowej ponad stu piłkarzy, a mimo to zespół ten jest wciąż zespołem półamatorskim, w którym to zaledwie jeden piłkarz może pochwalić się kontraktem profesjonalnym, zaś reszta piłkarzy podpisuje umowy na okres trwania rozgrywek ligowych (8-9 miesięcy). Gdyby zebrać zarobki całej drużyny w skali roku to można by je przyrównać do rocznej pensji Kaspera Hamalainena (który zresztą nie jest obecnie nawet podstawowym piłkarzem Wojskowych).

Wracając do wydarzeń boiskowych, nie sposób nie porównać (chociażby szczątkowo) wyników stołecznego klubu i małego klubiku z Irlandii. Boiskowej agonii Legioniści doświadczyli zaledwie 2 miesiące po przełamaniu 20-letniej niemocy związanej z awansem do LM. Ulegając w kompromitującym stylu na własnym boisku Borussii Dortmund 15 września dali ostateczne powody do tego, by z drużyny zwolniono dotychczasowego trenera Besnika Hasiego, zaś jego następcy poszukiwać na zapleczu ekstraklasy. Tymczasem dzień później, irlandzki feniks otwiera kolejną, równie piękną kartę w swojej historii. 15 września na stadionie AZ Alkmaar, Dundalk wydziera w ostatnich minutach zwycięstwo faworyzowanym gospodarzom i w obecności 10 tysięcy widzów zgromadzonych na AFAS Stadion świętują pierwszy historyczny punkt zespołu z Zielonej Wyspy w europejskich rozgrywkach grupowych.

Druga kolejka rozgrywek grupowych, to swoista odmiana oblicz obu drużyn. Pod wodzą Jacka Magiery, piłkarze grający z „elką” na piersi przegrywają w Lizbonie z miejscowym Sportingiem 0:2, jednak wszyscy zgadzają się, iż drużyna pokazała się z dobrej strony na tle utytułowanego portugalskiego klubu, zaś sam trener do niedawna rezydujący przy ul. Kresowej w Sosnowcu będzie tym, który przywróci Legię na właściwe tory. Po drugiej strony mamy cudownego europejskiego beniaminka, który w swoim stylu pokonuje w najniższym możliwym wymiarze kary Maccabi Tel Awiw – drużynę, która doświadczenie na europejskich salonach zdobywa od lat, a tytuł najlepszego zespołu na swoim podwórku zdobywała już ponad 20 razy. Tylko to jedno zwycięstwo zasila budżet zespołu z Irlandii kwotą 360 tys. euro, co daje sumę pieniędzy 3,5 razy większą niż ta, która przysługuje za zwycięstwo w rozgrywkach IFA Premiership.

Jakby tego było mało, 20 września do Dublina zawitał zdecydowany faworyt grupy D, rosyjski Zenit St. Petersburg, w składzie którego występują m.in. tacy gracze jak Axel Witsel czy Domenico Criscito, a trenerem jest słynny Mircea Lucescu. Świetną informacją dla całego klubu był fakt, iż tak znana drużyna spowodowała pojawienie się na stadionie kompletu publiczności; w tym miejscu wielkie pochwały dla władz klubowych, które zyskały sporo sympatii i uznania w oczach kibiców ustalając ceny najdroższych biletów na to spotkanie na poziomie 20€.

Choć wynik nie do końca satysfakcjonuje sympatyków biało-czarnych (Dundalk – Zenit St,. Petersburg 1:2, przyp. red.) to z pewnością nikt jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej nie posądzałby tej drużyny o sprawienie jakichkolwiek problemów rosyjskiemu hegemonowi z Sankt Petersburga (dość powiedzieć, że do 71. minuty przegrywał 0:1, a stosunek żółtych kartek przyznanych na boisku obu drużynom wynosił 1:5). Dla porównania – w trzeciej kolejce piłkarskiej Ligi Mistrzów drużyna Legii Warszawa udała się do Madrytu na słynne Santiago Bernabeu, by rozegrać tutaj swój kolejny mecz z zespołem Galaktycznych. Za komentarz niech posłuży wynik meczu 1:5 (i nie jest to stosunek żółtych kartek pokazanych obu drużynom).

Przyszłość?

Bez wątpienia kibice obu drużyn spoglądać mogą w przyszłość z dużą dozą optymizmu. W przypadku Legii Warszawa mówimy o dziesiątkach milionów złotych, które w opinii wielu znawców pozwolą odjechać pozostałym zespołom naszej Ekstraklasy na dobrych parę lat. Nikomu nie przeszkadza fakt, że odbędzie się to kosztem sześciu meczów z góry skazanych na sukces tych drugich oraz kosztem paru milionów złotych utraconych przez klub wskutek wybryków warszawskich kibiców (choć może bardziej kiboli).

W przypadku Cumann Peile Dhún Dealgan (bo tak brzmi pełna nazwa klubu) mówimy o możliwości spełnienia pięknych marzeń stojących przed malutkim klubem, który jeszcze 5 lat temu był na skraju bankructwa, a pieniądze na jego sprawne funkcjonowanie zbierali miejscowi fani. Mówimy o możliwości rozbudowy bazy treningowej, rozwoju myśli szkoleniowej i zbudowaniu pozycji w rozgrywkach krajowych, które dzięki kilkumiesięcznej przygodzie rzeczywiście mogą zostać zdominowane na długie lata – i tutaj nikt nie musi martwić się o wybryki niepokornych kibiców na trybunach, którzy swoim zachowaniem niweczą wysiłki swoich piłkarzy i trenerów. Obecnie Dundalk rozgrywa najbardziej intensywny okres meczowy w swojej historii (7 meczów w 21 dni).

Ale czy znajdzie się w Irlandii ktoś, kto powie – „nie warto”?

Daniel Rygielski