Historyczny „mecz na Wembley” rozpoczął wędrówkę Polaków po medal mundialu. Zakończył ją niemniej pamiętny „mecz na wodzie”. „Przy normalnych warunkach nie mielibyśmy prawdopodobnie żadnych szans” – miał powiedzieć o tym spotkaniu wiele lat później kapitan RFN – Franz Beckenbauer. Polscy kibice w znakomitej większości podzielają tę opinię i do dziś niektórzy z nich nie umieją się pogodzić, że wybryk pogody przeszkodził nam w awansie do finału Mistrzostw Świata.

A droga do niego wcale nie była łatwa. Już w eliminacjach przyszło nam rywalizować z silnymi zespołami z Wysp: Walią i Anglią. I mimo że zaczęliśmy od falstartu przeciw ojczyźnie Giggsa i Bale’a, to heroiczne zwycięstwo, a później remis na Wembley z „Synami Albionu” dały nam historyczny awans na MŚ.

Tam także losowanie nie było dla nas łaskawe. Poza outsiderami z Haiti do naszej grupy trafili aktualni wicemistrzowie świata – Włosi, a także Argentyńczycy z fenomenalnym Mario Kempesem w składzie. Polacy nie przestraszyli się renomowanych rywali i zaczęli wręcz piorunująco. Już po dziesięciu minutach prowadzili z Argentyną 2-0, by ostatecznie wygrać 3-2. Fantastyczny start zaliczył strzelec dwóch bramek – Grzegorz Lato, zaś jedną dorzucił Andrzej Szarmach. Prasa nie mogła się nachwalić dynamicznej i nieprzewidywalnej gry Polaków. Szybkie i skuteczne akcje z przodu, ale i odpowiedzialna defensywa stanowiły klucz do sukcesu. Asystent Kazimierza Górskiego Jacek Gmoch wprowadził też niespotykaną do tej pory w naszej kadrze sieć analityczną. Potwierdza to choćby wypowiedź 20-letniego Władysława Żmudy, który wyłączył z gry największą gwiazdę Argentyny: „Byłem przekonany w szatni, że wiem o Kempesie wszystko. Później okazało się, że nawet więcej niż mi to było potrzebne…”

Drugie i trzecie spotkanie to dalszy pokaz siły naszej reprezentacji. 7-0 z Haiti broni się samo, a zwycięstwo 2-1 nad Włochami wyeliminowało z gry wicemistrzów świata. „Catenaccio” okazało się bezsilne wobec wielkiej formy naszej reprezentacji. Piękne bramki zdobyli Szarmach i Deyna. Polska z kompletem punktów awansuje do rundy półfinałowej i świat zyskuje potwierdzenie, że wyeliminowanie Anglii nie było przypadkiem.

Po pierwszej fazie grupowej ówczesny regulamin przewidywał podzielenie ośmiu drużyn na dwie grupy. Ich zwycięzcy mierzyli się ze sobą w finale, a zespoły z drugich miejsc grały o miejsce trzecie. Nam do rozegrania przypadły mecze ze Szwecją, Jugosławią i gospodarzem – Republiką Federalną Niemiec.

Po trzech wybitnych spotkaniach Polaków dopadło pierwsze zmęczenie. Kryzys był widoczny w spotkaniu ze Szwecją, gdzie – mimo wciąż dobrej gry w ataku – zaczęła szwankować obrona. Mecz przypominał wymianę ciosów, ale w naszej bramce wspaniale spisywał się Jan Tomaszewski, który obronił nawet rzut karny. Mówi się, że klasę drużyny można poznać po tym, że nawet gdy ma słabszy dzień, potrafi pokonać rywala. Jeśli to prawda, Polacy udowodnili wtedy swoją. Po przerzucie Gadochy do piłki dopadł Szarmach i dośrodkował w pole karne. Tam znalazł się już Grzegorz Lato i bramkarz Szwedów po raz pierwszy na tych mistrzostwach skapitulował.

W drugim spotkaniu pokonaliśmy 2-1 Jugosławię, lecz mecz nie obył się bez ofiar. Kazimierz Deyna, który zdobył jedną z bramek, musiał opuścić boisko wskutek kontuzji. Ten sam los spotkał Andrzeja Szarmacha i ich występ w decydującym spotkaniu stanął pod znakiem zapytania. Aby awansować do finału potrzebowaliśmy zwycięstwa, RFN wystarczał remis. „Gramy o finał – pisała polska prasa – trzeba to powtórzyć kilkukrotnie, by w ogóle móc w to uwierzyć”.

3 lipca o godzinie 15:15 zespoły Polski i RFN wyszły na rozgrzewkę. Niemal dokładnie w tym momencie lunął deszcz. Ściana wody nie pozwoliła piłkarzom na zapoznanie się z murawą, a 60 tysięcy zgromadzonych widzów nie potrafiło nawet rozróżnić zawodników. Piłkarze zeszli do szatni, a organizatorzy zebrali się celem zmiany terminu meczu. Na boisku służby techniczne, a nawet straż pożarna próbowały doprowadzić murawę do stanu używalności, ale ich wysiłki były bezskuteczne. Źle zainstalowany drenaż sprawił, że murawa praktycznie nie przyjmowała wody. Austriacki sędzia Enrich Linemayr zdecydował jednak, że mimo katastrofalnych warunków spotkanie się odbędzie.

Graczom obu drużyn ciężko było zbudować jakąkolwiek składną akcję. Piłka non-stop zatrzymywała się w kałużach, a Polacy stracili ważny atut – ataki szybkich skrzydłowych, którzy tego dnia byli zwyczajnie szybsi od piłki. Mimo tego pojawiały się szanse na zdobycie bramki. Nie tylko nasza reprezentacja rozgrywała fenomenalny turniej. My w bramce mieliśmy Tomaszewskiego, Niemcy – Seppa Maiera. Naszą obroną rządził Jerzy Gorgoń, gospodarzami dowodził Franz Beckenbauer. W pomocy Kazimierz Deyna równorzędnego rywala miał w osobie Uliego Hoenessa. I wreszcie niemiecka odpowiedź na Grzegorza Latę – Gerd Mueller. Pojedynek dwóch wybitnych drużyn. Piłkarskie święto zniszczone przez pogodę.

Tym meczem do historii mundiali przeszedł Jan Tomaszewski. Jako pierwszy bramkarz obronił dwa rzuty karne na jednych mistrzostwach. Żmuda faulował Hoelzenbeina, do piłki podszedł wspomniany wcześniej Hoeness. Tomaszewski wyczuł jego intencje, genialnie broniąc „jedenastkę”!

Niewykorzystany przez byłego dyrektora sportowego Bayernu Monachium karny nie zemścił się jednak na gospodarzach. Jedyną bramkę w meczu zdobył Gerd Muller i to gospodarze fetowali awans do finału. Nam przyszło zadowolić się telegramami z gratulacjami, uznaniem w oczach całego świata i zwycięstwem w „finale pocieszenia” 1-0 z Brazylią. Królem strzelców z siedmioma bramkami w siedmiu meczach został Grzegorz Lato i wspaniały sen z lata 1974 roku dobiegł końca. Sen cudowny i… pozostawiający piekielny niedosyt: czy gdyby nie fatalne opady deszczu nie zostalibyśmy mistrzami świata?