Dwie dekady. Tyle czasu czekamy, by zobaczyć polski zespół w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Nikogo nie trzeba przekonywać, że dwadzieścia lat to szmat czasu, a w piłce nożnej prawdziwa wieczność. Starczy powiedzieć, że do fazy grupowej LM przedostały się zespoły z ligi białoruskiej, cypryjskiej, fińskiej, izraelskiej, norweskiej czy węgierskiej. A umówmy się – zwykliśmy sądzić, że są to ligi jednak od naszej słabsze. Jakby symbolem potwierdzającym ogromny kryzys naszej piłki jest fakt, że nasz ostatni przedstawiciel w LM – Widzew Łódź – ostatni sezon spędził w IV lidze łódzkiej… Panie i Panowie, zapraszamy Was w podróż w czasie, podczas której raz jeszcze prześledzimy nieudane próby sforsowania bram Champions League. Zobaczymy, które drużyny były o włos od dokonania przełomowego awansu, a o których wstyd wspomnieć za granicą. Przypomnimy, kiedy prześladował nas pech, sędzia podejmował błędne decyzje, a także wspomnimy niewykorzystane prezenty od losu. Zapraszamy na nasz nowy cykl – 20 lat bez LM.

Widzew Łódź to ostatnia polska drużyna, która pamięta smak fazy grupowej LM. W sezonie 1996/97 w dwumeczu o awans po dreszczowcu wyeliminowali duńskie Broendby. Pierwsze spotkanie zakończyło się zwycięstwem łodzian 2-1, a w drugim pomimo że przegrywali już 0-3 zdołali strzelić dwie bramki i awansować lepszym stosunkiem goli na wyjeździe. W fazie grupowej musieli uznać wyższość Atletico Madryt i Borussii Dortmund.

W lidze wraz z Legią zdystansowali konkurencję kończąc sezon z ponad dwudziestoma punktami przewagi nad resztą stawki. Ostatecznie z tej dwójki – o cztery oczka – lepszy okazał się Widzew. Na początku następnego sezonu stanął więc przed zadaniem powtórzenia wyczynu sprzed roku: awansu do fazy grupowej Champions League.

W pierwszej rundzie eliminacji los skojarzył nasz zespół z azerskim Neftçi Baku i ciężko było przypuszczać, by ta drużyna sprawiła mistrzowi Polski większy problem. Tak było w istocie: pierwszy mecz po bramkach Terleckiego i Dembińskiego zakończył się skromnym 2-0, ale w rewanżu gracze Widzewa nie mieli już litości. Zwyciężyli aż 8-0. Trzy bramki zdobył Szarpak, dwie Dembiński, a po jednej Kobylański, Zając oraz Curtianu.

Schody zaczęły się w kolejnej rundzie, ostatniej przed fazą grupową. Polska drużyna trafiła na piekielnie mocną AC Parmę. Wicemistrz Włoch miał wtedy naprawdę silną pakę: w bramce młodziutki Gianluigi Buffon, w obronie m.in. Lilian Thuram i przyszły mistrz świata Fabio Cannavaro, rozgrywający Dino Baggio, a w ataku Hernan Crespo i Enrico Chiesa. Było się czego bać.

To właśnie Chiesa okazał się katem Widzewa. Jego hat-trick w pierwszym spotkaniu praktycznie pozbawił łodzian szans na awans, a dla nas był początkiem bolesnych, przyjmowanych z pokorą każdego roku eurowpierdoli. Na uwagę zasługuje zwłaszcza trzecia bramka, gdy na zupełnym luzie przestawił polskiego obrońcę i umieścił piłkę w okienku bramki Onyszki. Honorowe trafienie zaliczył jeszcze Andrij Michalczuk i kibice w Łodzi musieli liczyć na cud w rewanżowym spotkaniu.

Ten się oczywiście nie zdarzył, choć na początku spotkania gracze Widzewa dwukrotnie poważnie zagrozili Buffonowi. Najpierw po samotnym rajdzie groźnie uderzał Marcin Zając, a później fatalnie w polu karnym zachował się Andrzej Kobylański, ojciec obecnego piłkarza Lechii – Martina. Swoich okazji nie marnowali za to włosi i mecz zakończył się pogromem 4-0. Strzelanie rozpoczął francuz Reynald Pedros, później dwukrotnie trafił Roberto Sensini, a dzieła zniszczenia dopełnił brazylijczyk Adailton. Parma boleśnie zatrzasnęła przed nami drzwi do piłkarskiego raju i jednocześnie pokazała jak wiele dzieli nas od europejskiej czołówki. Po porażce w dwumeczu 1-7 nie można mówić o pechu.

Sama Parma swoją przygodę zakończyła już na fazie grupowej, mimo iż zajęła w niej drugą lokatę (za plecami BVB). Ówczesny regulamin do dalszej gry premiował jedynie zwycięzców grup oraz dwa najlepsze zespoły z drugich miejsc. Szczęściarzami okazali się Bayer Leverkusen oraz Juventus Turyn. Szczególnie skorzystali na tym ci drudzy, którzy dotarli aż do finału. Tam ulegli Realowi Madryt 0-1.