Historia bez precedensu! W Krakowie już mrozili szampany i już szykowali się do mistrzowskiej fety. Wtem – w kilkadziesiąt sekund tabela wywróciła się do góry nogami. Jak doszło do strzelenia chyba najbardziej pechowej bramki samobójczej w historii naszej ligi?

Przedostatnia kolejka sezonu 2009/10. W dwóch równoległych spotkaniach dobiega już 90. minuta: Wisła prowadzi 1-0 z Cracovią, Lech remisuje 1-1 z Ruchem. Jeżeli nic się nie zmieni – Wisła przed ostatnim meczem będzie na pierwszym miejscu w tabeli, mając trzy punkty przewagi nad „Kolejorzem”. Mistrzostwo kraju praktycznie na wyciągnięcie ręki.

Lech rozpaczliwie próbuje zdobyć bramkę przedłużającą ich szansę na tytuł. Kolejny rzut rożny, kolejna wrzutka, kolejny strzał rozpaczy. Póki co – bez powodzenia. Rozpoczyna się doliczony czas gry, napastnik Ruchu, Arek Piech pada na murawę. Lechici nie wybijają jednak piłki. Lewandowski podaje do Krivetsa, ten na 18. metrze odwraca się i strzela. Piłka odbija się jeszcze od obrońcy i zdezorientowany Pilarz tylko odprowadza piłkę wzrokiem. Nawet komentatorzy nie potrafią ukryć zdziwienia, gdy Krivets tonie w ramionach kolegów: „Bramka…?” – pyta ze zdziwieniem jeden z nich.

Kilkanaście sekund później potworne szczęście wśród Poznaniaków miesza się z niedowierzaniem. To w Krakowie dokonało się niemożliwe. Walcząca o utrzymanie Cracovia otrzymuje rzut wolny ostatniej szansy. Wprowadzony kilka chwil wcześniej Suvorov dośrodkowuje w pole karne, a Mariusz Jop głową kieruje piłkę do własnej siatki. Wiślacy nie mogą uwierzyć w to co się stało – przecież jeszcze przed minutą niemal trzymali dłoń na mistrzowskim pucharze! Zrozpaczony Jop pada na murawę, a sędzia odgwizduje koniec spotkania. Liderem tabeli Lech Poznań z punktem przewagi nad „Białą Gwiazdą”. Cracovia zaś zdobytym punktem zapewnia sobie ligowy byt.

„Kolejorz” w ostatniej kolejce nie dał wydrzeć sobie tytułu pewnie pokonując Zagłębie 2-0. Podłamana Wisła ledwie zremisowała z Odrą Wodzisław 1-1, ale to nie ma już żadnego znaczenia. Mistrzostwo stracili na ostatniej prostej, potykając się o własne nogi.

Ciężko nie kochać naszej Ekstraklasy, gdy futbol pisze w niej takie scenariusze. Poznań przeżywał ekstazę, Cracovia świętowała, a Wisła płakała rzewnymi łzami. Szkoda nam było trenera Henryka Kasperczaka, kibiców i piłkarzy z Reymonta, ale najbardziej chyba Mariusza Jopa. Solidny obrońca i reprezentant kraju przez wiele lat radził sobie w silniejszej lidze rosyjskiej, by teraz do końca życia ciągnęła się za nim łatka tego, który odebrał Wiśle tytuł.